Dług publiczny nie wyższy niż 60 proc. PKB i deficyt budżetowowy nieprzekraczający 3 proc. PKB. Czemu akurat tyle? Bo tak! I nie może być inaczej. A jak się nie podporządkujesz, to już po tobie. No chyba że jesteś Francją albo Niemcami. Wtedy spojrzy się przez palce. Ale dla pozostałych nie ma litości, trzeba dać świadectwo. Takie właśnie ortodoksyjne myślenie dominowało w Unii Europejskiej aż do covidowego kryzysu. Ofiary były poważne. Grecja musiała się zgodzić na prywatyzację sporej części kluczowej infrastruktury (porty, lotniska). Włochy od dekady żyją w stanie politycznego rozedrgania, a rządy przychodzą i odchodzą, nie potrafiąc pogodzić dopasowania do reguł fiskalnych Unii z potrzebami własnych obywateli. A ile jest takich krajów, które ze strachu przed uznaniem za dłużnika – grzesznika wprowadziło kosztem wielkich ofiar społecznych końskie kuracje oszczędnościowe? Ile niepotrzebnych socjalnych dramatów? Ile zmarnowanego ekonomicznego potencjału?
Od lat ekonomiści przekonują, że obecne reguły fiskalne trzeba zmienić, bo są nieżyciowe i niezrozumiałe. Pierwszy krok zrobiono w czasie obecnej pandemii, gdy zostały one zawieszone. Oficjalnie do końca 2021 r. Oczywiście powodem jest to, że gdyby trzymać się unijnych reguł antyzadłużeniowych, to nikt – nawet najbogatsi – nie mógłby ochronić swoich obywateli przed negatywnymi skutkami zamknięcia gospodarki. Teraz czas na krok drugi – na pozbycie się szkodliwych reguł na dobre.