Wyobraźmy sobie dwie osoby: pracownika na pensji minimalnej i kogoś prowadzącego (przynajmniej z nazwy) działalność gospodarczą. Minimalne wynagrodzenie to teraz 2800 zł brutto, za to dochody naszego przykładowego przedsiębiorcy niech wynoszą – dajmy na to 20 tys. zł brutto miesięcznie. Pracownik będzie dostawał na rękę nieco ponad 2 tys. zł, ale koszt jego pensji dla pracodawcy to ponad 3,3 tys. zł. Z punktu widzenia zatrudniającego wartość wszystkich odprowadzonych składek po stronie pracownika i pracodawcy to blisko 39 proc. Tymczasem nasz przykładowy przedsiębiorca jest w stanie zatrzymać około 15,7 tys. zł ze swojego dochodu – więc wartość jego podatków i składek to nieco ponad 21 proc. On na rękę dostaje około 79 proc. wynagrodzenia brutto, czyli dużo więcej niż 61 proc. pracownika. Jak widać, przy ponad siedmiokrotnie wyższym wynagrodzeniu netto procentowo obciążenia osoby o wyższych dochodach są blisko dwa razy niższe.
Pomijając kwestie zwykłego poczucia sprawiedliwości, efektem takiego rozłożenia obciążeń jest potężna luka systemowa. Podatek liniowy stał się miejscem ucieczki osób najlepiej zarabiających, które – nie ukrywajmy – często przedsiębiorcami są jedynie z nazwy. To powoduje, że ten rząd (tak jak poprzednie, a pewnie i kolejne) jest w podatkowej pułapce. Jak nie zrobi nic, sprzyja tzw. arbitrażowi. Odpływ lepiej zarabiających osób z innych form jak np. umowy o pracę tylko będzie przyspieszał. Jednocześnie gdy tylko pojawiają się pomysły na zmiany oskładkowania i opodatkowania liniowców, natychmiast słyszymy o zamachu na przedsiębiorczość. Tak poległa m.in. jednolita danina w wykonaniu PO, a potem PiS. Aby zmiany miały sens, nie mogą polegać tylko na zastąpieniu liniowej stawki PIT skalą podatkową. To byłby krok zbyt mały, a możliwość arbitrażu wcale by nie zniknęła – choćby dlatego, że na liniowej stawce preferencje podatkowe dla JDG się nie kończą. Mamy przecież w systemie możliwość rozliczania podatków ryczałtem. Na dodatek od tego roku zakres tej preferencji został znacznie rozszerzony przez podniesienie progu rocznych przychodów do 2 mln euro z 250 tys. wcześniej. To wystarczające, by dużo zarabiający samozatrudnieni załapali się na ten ryczałt.