Crowdfunding to genialna społeczna inicjatywa. W skrócie: ktoś ma pomysł, ale nie ma pieniędzy na jego realizację. Zwraca się więc z prośbą o nie do tych, którym jego idea bardzo się podoba. A ci odpowiadają – przelewami (tradycyjnymi lub z wykorzystaniem rozmaitych systemów płatności internetowych), choćby symbolicznymi. Potem partycypują w korzyściach z realizacji pomysłu lub zadowalają się tym, że stał się on ciałem.
Sam mechanizm nie jest nowy ani bardzo odkrywczy. Można powiedzieć, że z grubsza o to samo chodziło na przykład tym, którzy projektowali kilkadziesiąt lat temu (!) przepisy umożliwiające publiczną sprzedaż akcji przez organizującą się (dopiero zakładaną z myślą o konkretnym projekcie biznesowym) spółkę. Kodeks spółek handlowych na to zezwala; inna sprawa, że w praktyce z powodu wysokich kosztów i ostrych wymogów taka sytuacja się nie zdarza, a publiczne emisje akcji prowadzą wyłącznie firmy już funkcjonujące, istniejące jakiś czas i nierzadko dobrze znane na rynku.
Rzecz jednak w tym, że internet stworzył w omawianej dziedzinie zupełnie nowe możliwości. O finansowanie idei – niekoniecznie stricte biznesowej – może się zwrócić każdy, każdy też na taką prośbę może odpowiedzieć, jeśli tylko ma ochotę lub kaprys wysupłania paru groszy. Wszystko dzieje się szybko (nawet natychmiast) i łatwo. Jak to w necie. Prostsze jest też informowanie o postępach i monitorowanie całego przedsięwzięcia.