Od dawna jesteśmy krajem podwójnych standardów. To, co oburza w zachowaniu innych, z łatwością rozgrzeszamy, gdy dotyczy nas samych. Ta hipokryzja gości w naszych domach i w polityce.
Gości też w naszych urzędach. Dobrym przykładem jest sprawa służbowych mieszkań dla niektórych (bo przecież nie wszystkim one przysługują) pracowników Ministerstwa Finansów. I nie chodzi o to, że te mieszkania dostają. To zrozumiałe, że gdy państwo wzywa obywatela, by służył narodowi w stolicy, to stara mu się na okres jej trwania zapewnić dach nad głową. Zrozumiałe tym bardziej, że z urzędniczej pensji niewiele by mu zostało, gdyby taki dach musiał wynająć sobie sam. Wtedy desperatów do takiej służby przyszłoby nam ze świecą szukać. Nie. Nie w tym rzecz. Ale w tym, że dostawszy taki bonus od państwa, pracownik ten, odciążony z konieczności płacenia czynszu według rynkowych stawek, nie musi od niego zapłacić podatku. A wszyscy inni muszą – czego i resort finansów, i urzędnicy w urzędach skarbowych pilnują z zadziwiającą wręcz skrupulatnością.
Gdy w takiej samej sytuacji znajdzie się zwykły pracownik zwykłej firmy, to niezależnie od branży i poziomu zarobków od zafundowanego przez pracodawcę mieszkania podatek płacić musi. Ba, musi też zapłacić za udział w firmowych imprezach integracyjnych. I to nawet wtedy, gdy ich uroków nie posmakował. Dla fiskusa nie jest ważne, czy w imprezie brał udział i wzbogacił się darmowym jedzeniem i napitkiem. Istotne jest to, że potencjalnie, gdyby chciał, mógłby się wzbogacić. Podobnie jak wtedy, gdy pracodawca opłaca mu abonament medyczny.