Pomysły na opodatkowanie usług cyfrowych nie są w Polsce nowe. Rząd niedawno odstąpił od nałożenia „podatku Google” – nazwanego tak, ponieważ celował jedynie w kilkanaście firm, w tym w Google’a. Polska nie jest jedynym krajem próbującym ściągnąć daninę cyfrową. Francja właśnie odstąpiła od własnej propozycji pod groźbą sankcji ze strony Stanów Zjednoczonych. Nie ma też porozumienia w samej Unii Europejskiej co do zmiany paradygmatu podatkowego. Mimo to kilka krajów europejskich nadal przymierza się do jednostronnego opodatkowania usług cyfrowych.

Nie tędy wiedzie droga. Pod każdym względem porozumienie globalne będzie bardziej korzystne niż kakofonia unilateralnych kroków. Jednolite zasady obniżą koszty administracyjne dla firm, zachowają przejrzystość w skali międzynarodowej, ale przede wszystkim zminimalizują arbitraż – ucieczkę firm od płacenia podatków.

Nowe zasady powinny objąć wszystkie sfery działalności gospodarczej, nie tylko usługi cyfrowe. Cyfryzacja biznesu posuwa się w szalonym tempie. Wkrótce trudno będzie odróżnić to, co jest cyfrowe, od tego, co nim nie jest. Samochód jest dzisiaj środkiem transportu, który przetwarza też spore ilości danych. W niedalekiej przyszłości samochód stanie się przede wszystkim dużym komputerem, a więc produktem cyfrowym w dzisiejszym rozumieniu tego słowa. Dzisiaj zdefiniowany podatek czysto cyfrowy stałby się więc przestarzały prawie w momencie jego wprowadzenia.

Na szczęście debata o zmianie reżimu opodatkowania dochodów jest zaawansowana i uczestniczą w niej wszystkie rozwinięte kraje świata, w tym Polska. Rozmowy toczą się w łonie OECD (Organizacja Współpracy Gospodarczej i Rozwoju), wychodząc od erozji podstawy opodatkowania i transferu zysków do rajów podatkowych.

Duże firmy, głównie z USA (w większości nie z sektora cyfrowego), uciekają od płacenia zobowiązań wobec amerykańskiego fiskusa, przesuwając bazę opodatkowania do krajów o niskich stopach podatkowych. Straty skarbu USA z tego tytułu sięgają setek miliardów dolarów rocznie. Beneficjentami są głównie izby skarbowe krajów europejskich (cztery z sześciu największych rajów podatkowych świata znajdują się w Europie), a prym wiedzie tu Irlandia. Nic dziwnego, że na przesunięciu opodatkowania z kraju rejestracji firmy do krajów osiągających przychody najbardziej zależy Stanom Zjednoczonym. Projekty Francji, Polski i innych krajów opodatkowania przychodów pokrywają się więc z preferencjami rządu USA. Porozumienie jest tylko kwestią czasu.

Wróćmy jednak do Polski i niefortunnej wypowiedzi ministra finansów. Dla ekonomisty, prawnika czy biznesmena anonsowanie propozycji opodatkowania konkretnej firmy brzmi szkodliwie. Europejczycy podkreślają często maksymę równych zasad dla wszystkich. Zaproszenie do bilateralnych negocjacji skarbnika z płatnikiem, gdzie ten pierwszy rozdaje karty, nie stwarza równych szans dla Airbnb w stosunku do jego konkurentów. Przeciętny odbiorca mediów może odnieść wrażenie, że Airbnb działa niezgodnie z prawem. Więcej, firma słusznie może się poczuć skrzywdzona, tak jakby nie płaciła należnych podatków i była czemuś winna. Wypowiedź ministra nie tylko dyskryminuje Airbnb, ale szkodzi percepcji konkurencji przez inne podmioty na rynku i rzuca cień na klimat gospodarczy w Polsce.

Wyrządzona szkoda wykracza poza rynek usług hotelarskich. Inne firmy sprzedające swoje usługi i towary w Polsce – ale niemające tutaj swojej siedziby – mogą się poczuć niekomfortowo. Dlaczego Airbnb, a nie my? Czy my będziemy następni?

Spójrzmy na sytuację przez pryzmat hipotetycznej wypowiedzi sekretarza skarbu USA. Co, gdyby zwracając się do właścicieli i zarządzających firmą Inglot z Przemyśla (a pośrednio do wszystkich Polaków), uprzedził on z dnia na dzień, że „to oczywiste, iż firma teraz musi płacić podatki w USA”?

Polska robi sobie zły public relations. Woluntaryzm słowny, za którym idzie słabo przemyślana polityka, przekłada się na klimat gospodarczy. A stabilność infrastruktury prawnej i regulacyjnej leży u podstaw decyzji podejmowanych przez zagranicznych inwestorów.

Polska jest ciągle krajem pozytywnie postrzeganym przez globalne elity przemysłowe. Faworytyzm i „ciężka ręka” rządzących w stosunku do biznesu psują jednak dobre imię kraju. Wystarczy popatrzeć na Rosję i tamtejszy klimat do inwestowania, aby obiektywnie uzmysłowić sobie potencjalne szkody. O renomę warto dbać. 

Porozumienie globalne będzie bardziej korzystne niż kakofonia unilateralnych kroków