Czy uważa pan, że należy wprowadzić podatek dochodowy dla rolników?

Na rozsądnych zasadach. Nie może się on opierać wyłącznie na dodatkowych obciążeniach dla rolników, bo tam wolnych pieniędzy nie ma. To powinien być efekt rachunku ekonomicznego i stymulacji gospodarczej.

Ale po co wprowadzać rachunkowość dla rolników? Będą musieli wynająć księgowych. Nie lepiej uprościć ten podatek i naliczać go np. od hektara i rodzaju upraw?

Obecnie mamy prosty, powierzchniowy podatek rolny. Jest on uzależniony od jakości i rodzaju gleb, czyli od potencjału produkcyjnego ziemi. Jest on w rolnictwie powszechny i dobrze ściągalny, bo w ponad 98 proc. Z tego tytułu gminy mają w tym roku ponad 1,5 mld zł. Wprowadzenie podatku dochodowego generuje dla rolników dodatkowe wydatki. Koszt obsługi tego podatku będzie wysoki, a przychody dla samorządu będą niewielkie bądź nie będzie ich w ogóle. Dyskusja na ten temat trwa zbyt długo. Nie sądzę, aby rolnictwo obroniło się przed podatkiem dochodowym. Jego wprowadzenie nie będzie jednak łatwe. Tym bardziej że rolnicy przyzwyczaili się do obecnego systemu podatkowego.

A ten podatek wciąż trafiałby do gmin?

Mam taką nadzieję. Innej alternatywy nie dostrzegam.

Rolnicy narzekają na obecny system podatkowy, bo w ubiegłym roku żyto było drogie. A to podwyższyło podatek, który jest naliczany na jego podstawie.

Dlatego w Sejmie leży projekt PSL, który przewiduje uśrednienie ceny żyta z trzech lat, a nie z trzech kwartałów. Dzięki temu wpływy do budżetu gmin będą podobne, a ich niestabilność mniejsza. Nie ma jednak większej woli do prac nad nim.

Nie wszyscy rolnicy obawiają się podatku dochodowego. Część uważa, że przy takim systemie podatkowym będą w stanie wykazać, że gospodarstwo przynosi straty.

Niektórzy będą zadowoleni, a inni nie. Nie ma takiego rozwiązania prawnego, które odpowiadałoby wszystkim rolnikom.