Warto przy tej okazji przypomnieć, jak „in dubio pro tributario” wprowadzano do obrotu prawnego. To idealny przykład na to, jak nasza klasa polityczna traktuje prawo. Prezydent podpisał nowelizację w sierpniu 2015 r., ostatniego dnia swojego urzędowania. Zasada była jednym z jego pomysłów, wciśniętym nawet do ogólnopolskiego referendum wraz z pytaniami o jednomandatowe okręgi wyborcze i finansowanie partii politycznych. Miała mu zapewnić wyborczy sukces – jak wiemy, nie zapewniła. Bronisław Komorowski złożył swój podpis wieczorem, wcześniej, jeszcze tego samego dnia, nad ustawą głosował Sejm. Zajmował się poprawkami Senatu, który wprowadził do projektu kilka ważnych zmian. Jakich? W skrócie chodziło o brzmienie i zakres działania klauzuli – czyli nadanie jej praktycznego wymiaru. Wątpliwości bowiem mieli: eksperci, Biuro Analiz Sejmowych, a nawet Ministerstwo Finansów, które tłumaczyło, że jest za wprowadzeniem zasady, ale należy ją uszczegółowić i doprecyzować. „Inaczej przepis będzie martwy albo będzie rodził bardzo wiele problemów interpretacyjnych” – mówił wtedy wiceminister finansów Janusz Cichoń. Zacytuję jeszcze Biuro Analiz Sejmowych: „Można odnieść wrażenie, że rozwiązanie ma charakter instrumentalizacji politycznej prawa podatkowego; wiąże się z ustanowieniem, a w konsekwencji też i ze stosowaniem prawa, które – bez poszanowania naczelnych wartości konstytucyjnych – służyć ma realizowaniu doraźnych interesów politycznych”.

Po 9 miesiącach obowiązywania „in dubio pro tributario” widać, kto miał rację. To po prostu pusty przepis bez większego znaczenia dla podatników. Bardzo jestem ciekaw, ile podobnych kwiatków znajdzie się w planowanym pakiecie ułatwień dla przedsiębiorców. Operacja będzie przeprowadzana od 2017 r. na żywym organizmie. Trzymam kciuki za pacjenta.