Nie twierdzę, broń Boże, że w związku z powyższym walka ze złodziejami czy przemytnikami nie ma sensu. Ma, ale trzeba przy tym wykazywać się zdrowym rozsądkiem. A to niestety pojęcie obce unijnym politykom.

Otóż wpadli na pomysł, aby odpowiedzialność za przemyt papierosów zrzucić na barki koncernów tytoniowych. Niebawem, gdy celnicy zatrzymają tira wyładowanego kontrabandą Marlboro z Białorusi, pójdą do ich producenta i wymierzą mu karę – za to, że nie dopilnował swojego towaru.

Czemu zatem nie pójść dalej? Na przykład taki Volkswagen powinien wypłacać milion euro każdemu, komu ukradną golfa albo passata. Bo to oznacza, że nienależycie zabezpieczył swój produkt przed kradzieżą. Więcej – mandat za przekroczenie prędkości samochodem także płaciłby jego producent, a nie kierowca.

Bo to przecież on skonstruował model zdolny rozwijać 250 km/h, podczas gdy na 90 proc. dróg można jeździć najwyżej 90 km/h. Jestem pewien, że gdybyśmy tak postawili sprawę, koncerny szybko poszłyby po rozum do głowy i zaczęły ograniczać prędkość swoich produktów do 40 km/h.

Efekty byłyby natychmiastowe. Liczba zabitych – zero, liczba sprzedanych aut – zero, tempo wzrostu PKB – zero.

Karanie firm tytoniowych za to, że ich produkty są przedmiotem zainteresowania przemytników, i wiara, że to coś zmieni, jest fuzją umysłowego ograniczenia i naiwności. W dodatku na ten pomysł wpadli ci sami ludzie, którzy de facto sami są najbardziej odpowiedzialni za przemyt – to dzięki nim tytoń w całej Unii jest jednakowo opodatkowany.

Innymi słowy, najpierw zabili wolny rynek i konkurencję, teraz chcą zabić uczciwych przedsiębiorców i jeszcze obłudnie tłumaczą to troską o nasze zdrowie – żebyśmy nie umarli przedwcześnie, paląc fajki ze Wschodu. Obawiam się jednak, że prędzej zabije nas ich głupota.