Dwie odmienne reakcje, ale jeden stan paraliżu. Nie ma chyba bardziej kontrowersyjnych, by nie powiedzieć, znienawidzonych urzędów przez przedsiębiorców i zwykłych obywateli. Do tej pory szły ramię w ramię, a ich celem było zdobyć jak najwięcej pieniędzy do budżetu. Oczywiście nikogo nie trzeba przekonywać czyim kosztem.

Teraz może wystąpić rozłam w tej swoistej koalicji. A oczywiście idzie o pieniądze, i to o wdowi grosz. ZUS jest skłonny pośredniczyć w przekazywaniu 1 proc. podatku z rocznych zeznań PIT-40A, które wypełnia za emerytów i rencistów. Jest to zaiste gest dobrej woli w stosunku do własnych podopiecznych, którzy chcą się podzielić podatkiem z organizacjami pożytku publicznego. A co to oznacza dla budżetu? A to, że im więcej takich miłosiernych świadczeniobiorców, tym mniej pieniędzy wpłynie do fiskusa. I na to resort finansów pozwolić sobie nie może, bo nawet ta niewielka część podatku od mizernych świadczeń ZUS globalnie może stanowić już niezły kapitał. Bardzo potrzebny obecnie ministrowi Rostowskiemu.

Zakładając, że z liczby 9,7 mln osób, które uzyskują świadczenia z ZUS, każdy by przekazał tylko po złotówce na rzecz organizacji pożytku publicznego, mamy niczego sobie sumkę. I tego obawia się fiskus. Pojedynczy podatnik niczego nie zdziała, ale w gromadzie nawet schorowany emeryt lub rencista potęgą jest i basta. Argument siły przemawia i do fiskusa. I przed tym drży nawet tak odporna na wstrząsy społeczne instytucja. Problem tylko w tym, czy ZUS nie zostanie skarcony za tak odważne wystąpienie i gotowość niesienia pomocy swoim pensjonariuszom. W końcu on jest też na garnuszku fiskusa, który rozdziela kasę z budżetu.