Przekonali wielu, że podatki trafiają do czarnej dziury oraz że są w Polsce bardzo wysokie i godzą w najaktywniejszych – najlepiej wykształconych i najpracowitszych. Z zapałem przekonują, że obniżenie podatków uruchomi wielkie pokłady zaduszonej aktywności.

To są generalnie twierdzenia nieprawdziwe, choć, oczywiście, spore marnotrawstwo w wydawaniu publicznych pieniędzy jest faktem. Bezzasadne byłoby też twierdzenie, że wszystko, co mówią zwolennicy podatków niskich i płaskich to bzdety i hucpa. System podatkowy w Polsce (w każdym kraju) jest w znacznej mierze produktem politycznych rozstrzygnięć. Na rzecz takich lub innych uregulowań można jednak przytoczyć argumenty empiryczne i analityczne.

Za najkorzystniejsze dla rozwoju kraju uważam umiarkowanie progresywne podatki dochodowe (także opodatkowanie wysokich spadków). Tylko wtedy ograniczane są wielkie nierówności, które nieuchronnie generuje rynek. Nierówności te prowadzą do przekreślenia zasady równych szans i zablokowania społecznej mobilności. Także do nasilenia konfliktów społecznych. Zresztą, stosując podatki płaskie, ignoruje się to, że ludzie o niskich dochodach mają wysoce ograniczone możliwości świadczenia na rzecz państwa i jest to dla nich szczególnie bolesne, bo ogranicza zaspokojenie ich elementarnych potrzeb. Nie ma natomiast dobrych powodów, by twierdzić, że motywacyjne następstwa np. 40-proc. stawki od dochodu przekraczającego granicę, załóżmy, 10 tys. zł miesięcznie (po potrąceniu ulg, szczególnie na dzieci) rujnują motywację do pracy. Może nawet odwrotnie.

Nie ma żadnych dowodów, że kraje, które stosowały umiarkowanie progresywne obciążenia, doznały zablokowania rozwoju. Choć tempo wzrostu (zresztą nie najlepsza miara sukcesu) zależy od wielu czynników, to faktem jest, że wiele krajów, które takie podatki stosowały, rozwijało się z powodzeniem (Niemcy, Francja, kraje skandynawskie, Stany Zjednoczone w latach 60. itd.). Płaskie podatki (i wysokie nierówności dochodowe) nie przesądzają też o wysokiej stopie oszczędzania. Stany Zjednoczone są tego dobrym dowodem.

W Polsce podatki nie są progresywne, choć podatek PIT ma formalnie taką konstrukcję. Rzecz nie tylko w tym, że 95 proc. podatników płaci według jednej (dolnej) stawki. Równie ważne jest to, że znaczna część najzamożniejszych ma prawo do podatku liniowego, że wielu skutecznie ukrywa dochody w kosztach, że najzamożniejsi najskuteczniej wykorzystują luki w prawie. Duże znaczenie ma to, że udział podatków pośrednich (VAT i akcyzy) w ogólnych wpływach podatkowych jest u nas szczególnie wysoki.

Rynek generuje nierówności, a te prowadzą do przekreślenia zasady równych szans. Płaski system podatkowy tylko to napędza. Lepszy jest proresywny

Choć nie ma całkowicie jednoznacznych dowodów, to jest właściwie pewne, że w Polsce zróżnicowanie dochodów po opodatkowaniu jest większe niż przed opodatkowaniem. To znaczy, że podatnicy o niskich i średnich dochodach ponoszą relatywnie większe ciężary. Najprawdopodobniej najsolidniej podatki płacą emeryci. To oczywiście nie znaczy, że nie ma miejsca redystrybucja na rzecz osób o niższych dochodach. Osoby o wysokich dochodach – choć proporcjonalnie więcej z podatku urywają – płacą jednak więcej w kwocie bezwzględnej. Ponadto osoby o niższych dochodach korzystają w większym stopniu z wydatków państwa (edukacja, ochrona zdrowia, pomoc społeczna).

Realny spór nie toczy się o to, czy w systemie podatkowo-budżetowym ma miejsce redystrybucja na rzecz ludzi o niższych dochodach. Tak na pewno jest. Problem w tym, czy ta redystrybucja jest wystarczająca. Uważam, że nie.

Nierówności w Polsce na tle krajów europejskich są wysokie. Trudno mówić o respektowaniu zasady równego startu. Coraz silniejszy jest za to mechanizm dziedziczenia pozycji. To bardzo niekorzystne dla rozwoju gospodarczego, który ma przecież rozstrzygające znaczenie zarówno dla zamożnych, jak i biednych. W długim okresie zamożnym opłaca się płacić relatywnie wyższe podatki.