Zdarza się, że podatnicy za wszelką cenę próbują uciec spod gilotyny fiskusa. Nielegalnie obniżają należności podatkowe, nie wykazują wszystkich dochodów do opodatkowania lub je zatajają. Gdy fiskus zaczyna zadawać pytania, sięgają do najgłębszych pokładów wyobraźni. I dziwią się, gdy urzędnicy nie odpuszczają i przechodzą do kontroli bardziej szczegółowych. Jeśli podatnik nie ma racjonalnych argumentów, sprawa kończy się przykrymi konsekwencjami. Zazwyczaj zapłatą zaległości podatkowej, odsetek, a nawet grzywien.

Taki scenariusz nie miałby miejsca, gdybyśmy pamiętali o konstytucyjnym obowiązku płacenia podatków. Zdaje sobie sprawę, że każdy złoty w naszej kieszeni jest na wagę złota. I ciężko się z nim rozstawać na rzecz budżetu państwa. Ale niestety takimi regułami rządzi się demokracja. Nie można tylko żądać od państwa, nie dając nic w zamian. Choć z drugiej strony wiele racji mają ci, którzy twierdzą, że państwo z naszych podatków nie daje nam zbyt dużo. Fiskus też ma bowiem na swoim sumieniu niejeden grzech. Nie w tym jednak rzecz. Najpierw trzeba wymagać od siebie, by móc uczciwe czegoś żądać od innych.

Na pewno niewłaściwe jest nadużywanie uprawnień przez kontrolujących, jeśli do takich dochodzi. Trudno jednak negować same kontrole. Do takiej m.in. pracy są powołani urzędnicy skarbowi. I za to płacimy im z naszych kieszeni. Gdyby przestali sprawdzać podatników, budżet, przy naszej bujnej, obywatelskiej wyobraźni, szybko zaświeciłby pustkami.

Dlatego nie demonizowałabym skarbówki. Nie żyjemy w roku 1984 Orwella, gdzie osoba podejrzana była skazywana na ewaporację, czyli coś więcej niż karę śmierci. Podatnicy po kontroli fiskusa zazwyczaj nie przechodzą w stan niebytu. Gdy przedstawimy dowody na naszą obronę, urzędnik zakończy sprawę i przyzna nam rację. Urzędnik to też człowiek i coraz częściej traktuje podatnika jak partnera. Pozostaje tylko sobie życzyć, aby partnerstwo w tych relacjach było czymś na porządku dziennym, a nie świątecznym prezentem.