Można rocznie oszczędzić jakieś dwa miliardy złotych. Tyle że słowo wytrych „oszczędzanie” nie załatwia wszystkich wątpliwości, nawet w kryzysie.

Pierwsza to taka, jaka jest różnica między VAT od paliwa, a tym, dajmy na to, od papieru do drukarki, który jednak odliczyć można? Albo dlaczego kupując komputer, mogę odliczyć całą kwotę podatku od wartości dodanej, a w przypadku auta już niekoniecznie. VAT VAT-owi nierówny w swojej idei? Bzdura.

Druga, znacznie poważniejsza wątpliwość, to kwestia równości podmiotów wobec prawa. Bo jak to? Jeden przedsiębiorca wozi np. cegły i wtedy odliczenie VAT już mu się należy. A drugi tylko jeździ z umowami do klienta, więc z jakiegoś powodu gorszy?

Kolejna: co z przychylnością państwa dla małego biznesu (1,7 mln firm, ponad 4,5 mln pracujących osób) – bo to w niego najsilniej uderza to ograniczenie?

Na kontrargument, że „przepis o samochodach z kratką był nadużywany” mam jedną odpowiedź: karać należy tych, którzy wprowadzają głupie przepisy. A nie przedsiębiorców, którzy niezależnie od nich próbują jakoś przeżyć. Choćby i w kratkę.

Kwestia samochodowego i paliwowego VAT stawała już na forum unijnym i z powodu trudnej sytuacji budżetowej rząd polski dostał dyspensę w stosowaniu limitów do 2014 roku. Teraz sprawa wróci. Jej finał raczej nie budzi wątpliwości, ale najpierw parę milionów ludzi dostanie mocno po kieszeni.