Numer, który jeszcze kilka lat temu typowany był jako główny identyfikator każdego obywatela, zdaje się ostatnio przegrywać w walce ze starym, poczciwym numerem PESEL. Wyrazem tego jest rezygnacja z obowiązku posługiwania się NIP przez wszystkich, którzy nie prowadzą firm i nie są płatnikami VAT. Wydawać by się zatem mogło, że wszędzie tam, gdzie występujemy jako przedsiębiorcy, nadal musimy posługiwać się NIP. Tam zaś, gdzie załatwiamy sprawy prywatne, wystarczy nam PESEL.

Tak jednak nie jest. Okazuje się, że jeśli istnieje chociaż jeden powód, dla którego musimy posługiwać się numerem podatkowym, to trzeba używać go także w każdej innej sprawie, nawet gdyby była ona najbardziej prywatna z prywatnych. Reguła jest zatem prosta. Jeden podatnik, jeden numer. Dla jednych NIP. Dla innych PESEL. Niby proste i logiczne. Niby mniejszy z tego powodu bałagan w administracyjnych papierach i archiwach, a jednak... intuicja zdaje się podpowiadać co innego. Prostsze wydaje się myślenie w kategoriach sprawy prywatne – PESEL, sprawy firmowe – NIP. I żadna logika i argumenty nie są tego w stanie zmienić. Przyjazne jest to, co jest intuicyjne, a nie to, co logiczne. Dlatego logiczne z pozoru rozwiązanie powoduje więcej zamieszania w głowach podatników, niż upraszcza reguły posługiwania się tzw. identyfikatorami podatkowymi. Tym bardziej że chociaż zyskaliśmy możliwość zapomnienia – jako osoby całkowicie prywatne – że o jakiś tam NIP trzeba występować lub aktualizować zgłoszone przy tej okazji dane, to jednak dziś w obrocie znajdują się aż dwa identyfikatory. Pod tym względem przed uproszczeniem było zatem dużo łatwiej. Pytanie, czy upraszcza to, czy ułatwia podatnikom życie, zależy pewnie od tego, kogo spytamy. Jednym upraszcza. Innym wręcz przeciwnie.