Nie dziwiło zatem, że jedną z grup, które będą ratować budżet przed kryzysem, są dobrze zarabiający twórcy, czyli pewnie kilka tysięcy osób w 37-milionowym społeczeństwie. W przypadku premiera „twórcy” miało zapewne oznaczać zwłaszcza najlepiej opłacanych dziennikarzy, a tych jest jeszcze mniej, bo nie sądzę, by była to grupa licząca więcej niż kilkaset osób. Szkopuł w tym, że zazwyczaj trudno jest uderzyć po kieszeni bogatych tak, by ich zabolało, a biedniejszych to zupełnie nie obeszło. Z reguły jest odwrotnie. Przyparci do muru bogacze i tak prędzej czy później znajdują furtkę umożliwiającą im ucieczkę przed zakusami fiskusa. A tymczasem fiskalne rykoszety zmian wymierzonych w bogaczy skutecznie dziurawią portfele biedniejszych przedstawicieli danej profesji lub grupy. Ze zmianami dotyczącymi kosztów dla twórców jest podobnie. Niby miały dotyczyć wyłącznie twórców, których dochody przekraczają 85 tys. zł rocznie. I pewnie tak by było, gdyby nie kuriozalny pomysł, by przenieść moment rozliczania tych kosztów z chwili wypłaty honorarium na koniec roku. Efekt będzie bowiem taki, że w jednej chwili prawo do takich kosztów stracą i biedni, i bogaci. Pierwsi co prawda kiedyś doczekają się zwrotu, ale wcześniej ich kieszenie zdążą jednak mocno schudnąć. A to nie każdy domowy budżet zdoła wytrzymać.

Jestem w stanie zrozumieć sens przeprowadzenia głębokiej reformy zasad stosowania niewątpliwego przywileju, jakim są podwyższone koszty dla twórców. Życzyłbym sobie jednak jako osoba uczciwie płacąca niemałe podatki, by było robione to z głową, po rozważeniu wszelkich możliwych konsekwencji, kosztów i niedogodności. By nie powtórzyło się chociaż ten jeden raz bezmyślne bieganie ślepca z brzytwą w dłoni, w nadziei, że jak nie uda się ogolić bogacza, to może chociaż podgoli się lekko jego biedniejszego sąsiada.