Od razu też dodał, że takie rozwiązanie mogłoby obowiązywać od początku nowej perspektywy finansowej UE, czyli od 2014 r. Tym samym minister obalił powszechnie uznawany mit, jakoby rolnicy w ogóle, a PSL w szczególności, nie chcieli wprowadzenia podatku dochodowego w rolnictwie.

Wszystko to oczywiście dzieje się na marginesie dyskusji o tym, jakie i w jaki sposób płacone składki zdrowotne powinny obciążyć kieszenie rolników. Ludowcy są oczywiście za tym, by nie obciążyły one rolniczych kieszeni w ogóle albo by obciążyły je w niewielkim tylko stopniu. Podobnie jest z płaconymi przez rolników podatkami. Myliłby się bowiem ten, kto ze słów ministra Sawickiego wywiódłby – prosty i logiczny, jak mogłoby się zdawać – wniosek, że oto chce on włączenia rolników do powszechnego systemu opodatkowania w imię równości, sprawiedliwości i podobnie dobrze brzmiących, niestety tylko na papierze, haseł. W istocie, jak to zwykle w przypadku PSL-u bywa, chodzi o rzecz zgoła odmienną. Cała ta propozycja zmierza raczej w tym kierunku, by przed podatkami pozwolić rolnikom uciec.

Ludowcy proponują PIT dla rolników. Są tacy sprawiedliwi? Nie. Bo podatek dochodowy byłby dla chętnych. Czyli dla tych, którzy nie mają dochodów

Wbrew temu, co się powszechnie sądzi, rolnicy są dziś opodatkowani i uczciwie te obciążenia płacą. Często wyższe nawet, niż zobowiązywałyby ich do tego uzyskiwane dochody. Nie jest to co prawda PIT, lecz zryczałtowany podatek rolny (ostatnio powszechnie nazywany gruntowym z uwagi na to, w jaki sposób jest liczony). Jest to jednak podatek, który w rolniczym portfelu odczuwalny jest nie mniej niż podatek dochodowy w kieszeniach pozostałych obywateli. I przed tym właśnie podatkiem od dłuższego już czasu PSL stara się rolników obronić. Nieustannie chodzi o to, by mało dochodowe lub niedochodowe gospodarstwa objąć PIT, co pozwoliłoby im albo płacić mniej, niż wynosi dziś dla nich podatek rolny, albo też nie płacić zgoła nic (brak dochodu oznacza wszak brak podatku, a koszty działalności rolnej przecież wcale niskie nie są). Z drugiej strony rolnikom chce się pozostawić wybór, po to by duże dochodowe gospodarstwa nadal mogły płacić niski w stosunku do ich zysków podatek rolny.

To nie pierwsze podejście ludowców do takiego rozwiązania. Mało kto dziś pamięta, że już na początku 2010 roku proponowali oni nieśmiało wprowadzenie PIT w rolnictwie. Wówczas patent miał polegać na tym, żeby rolnicy dostali wybór: czy chcą płacić podatek od rzeczywistych dochodów, czy też jako ryczałt. Chytrość tego planu polegała na tym, że bogaci rolnicy, z dużymi dochodami nadal mogliby pozostać przy nieproporcjonalnie niskim przy ich sytuacji podatku rolnym. Nie ponieśliby zatem żadnych strat na zmianach proponowanych przez PSL. Kto nie miałby dochodów wcale albo tylko niewielki dochód ledwie starczający na własne utrzymanie (patrz małe gospodarstwa), deklarowałby, że chce być opitowany jak firma, i podatku by nie płacił. I wszyscy na wsi byliby szczęśliwi, wiedząc przy tym, komu zawdzięczają swoje podatkowe eldorado. A to, przy stabilnych co prawda, ale jednak nieimponująco wysokich notowaniach PSL, rzecz nie do pogardzenia. Osobiście nie uważam rolników za szczególnie uprzywilejowaną grupę. To, że nie płacą podatku dochodowego, jest jednak błędem ze strony polityków. I to poważnym. Podatek dochodowy w rolnictwie jest potrzebny. Ale powszechny i obowiązkowy. Również tam, gdzie dochody z działalności rolniczej są wysokie. Potrzebny po to, byśmy wszyscy byli równi nie tyle nawet wobec państwa czy prawa, ile wobec siebie nawzajem. Podatek dochodowy oznacza, że te osoby, które dochodów nie mają, nie płacą nic. Te, które zarabiają na swojej działalności, muszą się natomiast dzielić z pozostałymi, płacąc podatki do wspólnej kasy. Płacąc po to, by móc później uczciwie korzystać z tego, co w zamian państwo gwarantuje, nawet jeżeli czasem trudno te usługi zapewnić na takim poziomie, jakiego mamy prawo od państwa oczekiwać.