Cała sprawa dotyczyła akcyzy, którą niepotrzebnie odprowadzały od energii elektrycznej elektrownie. Niepotrzebnie, bo zgodnie z przepisami unijnymi powinien robić to dystrybutor, a nie producent. Po wygranej przed unijnym trybunałem producenci zażądali zwrotu, tego, co niewłaściwie zapłacili. Nad budżetem zawisła groźba, że trzeba będzie zwrócić 11 mld zł. To więcej niż przyniosła tegoroczna podwyżka VAT o jeden procent. Ale spokojnie. Budżet został uratowany.

Sąd uznał, że skoro ciężar zapłaty akcyzy poniosły nie elektrownie, ale konsumenci (akcyza została wliczona do ceny sprzedawanej energii, a elektrownie podatek tylko wpłaciły do budżetu), to nie ma podstaw do zwrotu na rzecz producentów energii. Myliłby się jednak ten, kto wywiódłby z tego wniosek, że w takim razie o zwrot niesłusznie zapłaconej (odprowadzonej) przez elektrownie akcyzy mogą występować konsumenci, czyli my wszyscy. O nie, co to, to nie. Powód jest prosty. Chociaż płacimy akcyzę w cenie prądu, to nie jesteśmy podatnikami tego podatku. Z tego wniosek, że o zwrot nadpłaconej akcyzy nie ma prawa zwracać się nikt. I o to chodzi. By pieniądze zostały w budżecie.

To doskonały pomysł, proponuję pójść tym tropem dalej. Jest przecież VAT, który w większości też płacony jest w cenie towarów i usług. Jego też w przypadku nadpłat nie zwracajmy. Przecież firma tylko go odprowadza. A ten, co płaci, też nie jest podatnikiem. Tak jak przy akcyzie.