Co prawda, drugą falę inowacyjności chyba jakoś przegapiłem, niemniej jednak trzeciej warto poświęcić nieco uwagi. Sczególnie w jej podatkowej części.

Biorąc pod uwagę to, że dziś stawka podstawowa VAT to 23 proc., rozważana przez ministra Boniego nowa stawka wydaje się atrakcyjna. Teoretycznie mogłaby oznaczać obniżkę cen o całe 5 proc. Ale diabeł jak zwykle tkwi w szczegółach.

Ujednolicenie stawek VAT ma jedną niezaprzeczalną zaletę. Upraszcza rozliczenia. Jest zatem korzystne z punktu widzenia przedsiębiorców. Oznaczałoby to koniec nieustających potyczek firm z fiskusem o to, jaką stawkę tego podatku stosować w przypadku konkretnych towarów i usług, niezbyt precyzyjnie opisanych w klasyfikacjach statystycznych. Skończyłoby też toczoną nieustannie podjazdową wojnę o zaklasyfikowanie pewnych towarów do usług, po to by można było zastosować niższą stawkę VAT i w ten sposób uatrakcyjnić cenę sprzedawanych dóbr. By daleko nie szukać, wystarczy wskazać na przykład związany z zakupem drzwi czy okien do wykańczanych mieszkań czy domów. Jeśli kupujemy same drzwi za, powiedzmy, 1 tys. zł netto, to w kasie sklepu przyjdzie nam zapłacić 1230 zł. Jeśli w tym samym sklepie zamówimy je dziś razem z montażem (z reguły za symboliczną opłatę), zapłacimy za nie tylko 1080 zł. Różnica wynika z tego, że w pierwszym przypadku za towar płacimy 23 proc. VAT. W drugim i drzwi, i montaż traktuje się jako usługę opodatkowaną stawką 8 proc. Im więcej montowanych drzwi, tym więcej pieniędzy zostaje w naszej kieszeni. Po ujednoliceniu stawki na poziomie 18 proc. i w jednym, i w drugim przypadku drzwi kosztowałyby 1180 zł. Nabywca drzwi zarobiłby zatem na ujednoliceniu stawek 50 zł. Ale nabywca drzwi wraz z usługą straciłby 100 zł. I tu jest pies pogrzebany.

Ujednolicenie stawek VAT upraszcza rozliczenia firmom. Zwiększa jednak poziom opodatkowania konsumentów, którzy są rzeczywistymi płatnikami VAT. I to niezależnie od tego, czy tym ostatecznym konsumentem jest firma, czy zwykły obywatel robiący sklepowe zakupy. Jak przyznał minister Boni, ujednolicenie stawek VAT na poziomie 18 proc. (PO w okresie poprzedniej kampanii wyborczej mówiła o 15 proc.) przyniosłoby budżetowi dodatkowe 18 mld zł wpływów. A zatem średnio każdy z nas musiałby rocznie oddać fiskusowi jakieś 450 zł. Oczywiście via sklepowe kasy.

I to nie paradoks, że obniżenie stawki podstawowej VAT prowadzi do wzrostu obciążeń fiskalnych. Musimy pamiętać, że dziś wiele towarów jest opodatkowanych na preferencyjnych zasadach. I to towarów o podstawowym znaczeniu dla naszych domowych budżetów, takich jak żywność, na którą w zależności od tego, co kupujemy, obowiązuje stawka 5 lub 8 proc. Przy zakupie takich towarów trzeba by zatem przy sklepowej ladzie płacić dużo więcej niż dziś. Skutek byłby taki, że mniej zapłacilibyśmy np. za samochód (dziś stawka 23 proc., po ujednoliceniu 18 proc.), za to dużo więcej za chleb, nabiał czy mleko (dziś 5 proc., po ujednoliceniu 18 proc.). Nie trzeba być jasnowidzem, by przewidzieć, jak wielka wybuchłaby w związku z tym awantura polityczna i jak trudno byłoby uzyskać dla takich zmian akceptację społeczną.

A szkoda, bo na taką dyskusje jest i czas, i miejsce. Do przeprowadzenia potrzebnych zmian najlepszy byłby też pierwszy rok po zbliżających się właśnie wyborach. Później nie ma co liczyć, że w perspektywie kolejnych ktokolwiek zdobędzie się na potrzebną do tego polityczną odwagę. Jest jednak jeden warunek. Potrzebne zmiany (podobne planują Czesi) nie mogą spowodować zwiększenia obciążeń fiskalnych. Podatki i tak są już horrendalnie wysokie. Nie ma żadnych powodów, by były jeszcze wyższe. Jest za to pora, by przy okazji reformowania i upraszczania systemu podatkowego politycy nauczyli się szanować nasze pieniądze, które dziś z czystym sumieniem marnotrawią.