Rząd musi spieszyć się z decyzją, czy zmieni kwotę wolną. Jak wynika z orzeczeń Trybunału Konstytucyjnego, ustawy podatkowe dotyczące PIT powinny być uchwalone i ogłoszone do końca listopada. Czyli miesiąc przed rozpoczęciem nowego roku, w którym rozlicza się podatek. Kalendarz jest bardzo napięty, bo Senat zajmie się odpowiednią ustawą 29 listopada. Jeśli zostaną do niej wprowadzone zmiany, będzie musiał się do nich odnieść Sejm, podpisać prezydent, a w Dzienniku Ustaw powinna zostać ogłoszona do końca miesiąca. Czyli w ciągu dwóch dni.

Sytuacja może być lepsza, jeśli analizy pokażą, że podwyżka kwoty wolnej jest możliwa. Reguła, która mówi o rozstrzygnięciach do końca listopada, nie musi dotyczyć zmian korzystnych dla podatników. Ale nawet w takim przypadku rząd powinien być ostrożny. Ustawa, która jest w Senacie, wdraża zeszłoroczne orzeczenie trybunału kwestionujące konstytucyjność przepisów o kwocie wolnej. Sędziowie stwierdzili, że powinna ona wynosić co najmniej minimum egzystencji i powinien zostać wprowadzony mechanizm jej waloryzacji.

TK dał rok na zmianę przepisów. Sama sentencja była niejasna. Mówiła, że przepis jest niekonstytucyjny w zakresie, w jakim nie zawiera takich regulacji. Zdaniem prawników, z którymi rozmawialiśmy, nie wynikało z tego, że kwota wolna automatycznie wzrośnie, jeśli prawo nie zostanie zmienione. Ale rząd wolał dmuchać na zimne, tym bardziej że pojawiły się zapowiedzi doradców podatkowych, iż w sądach będą walczyli o podwyżkę kwoty wolnej. Dlatego w ustawie jeszcze raz zapisano, że kwota wolna wynosi 3091 zł.

PiS przygotował ustawę i znalazł się od razu pod presją polityczną. Partie opozycyjne zaczęły wytykać ugrupowaniu Jarosława Kaczyńskiego, że nie realizuje swojej obietnicy i orzeczenia trybunału. Na podstawie orzeczenia TK Ruch Kukiz’15 zaczął kolportować wnioski do urzędu skarbowego wzywające do zwrotu nienależnie, zdaniem posłów tego ugrupowania, pobranego podatku. Z tego punktu widzenia zmiana kwoty wolnej już od stycznia byłaby politycznym atutem.

Ale finansowe koszty operacji mogą przewyższyć polityczne zyski. Bo problem, jaki wiąże się z wypełnieniem obietnicy w sprawie kwoty wolnej, to pieniądze. A właściwie ich brak. Podwyżka kwoty w wersji prezydenckiej to koszt około 20 mld zł (choć sami autorzy projektu wyliczają je na niespełna 16 mld zł). Na taki wydatek budżetu raczej nie będzie stać, w przyszłym roku będzie on i tak napięty, choćby ze względu na koszt wypłat dodatków na dzieci.

Ministerstwo Finansów sugerowało, że mniej kosztownym wariantem byłoby zamrożenie wieku emerytalnego na obecnym poziomie: czyli 61 lat dla kobiet i 66 lat dla mężczyzn. W pierwszym roku byłoby to nawet neutralne dla budżetu.

MF opracowało też mniej kosztowny wariant podnoszenia kwoty wolnej. To stopniowe podwyższanie kwoty wolnej o 1000 zł rocznie, począwszy od przyszłego roku, aż do osiągnięcia poziomu 8 tys. zł. Chociaż to wariant mniej kosztowny, nie znaczy, że uda się uniknąć ubytku w dochodach. Według resortu w pierwszym roku wpływy z PIT byłyby mniejsze o około 4 mld zł.

Resort kibicował też pomysłowi wprowadzenia tzw. degresywnej kwoty wolnej – czyli malejącej wraz ze wzrostem dochodu podatnika. Według jego szacunków przy odpowiednim skalibrowaniu degresywności można by zmniejszyć negatywne dla budżetu skutki podwyższenia kwoty wolnej nawet o jedną czwartą rocznie.

Teoretycznie najtańszym byłoby podniesienie kwoty przy okazji wprowadzania podatku jednolitego. Z informacji przedstawianej przez szefa Komitetu Stałego Rady Ministrów Henryka Kowalczyka wynikało, że zwolniony z podatku byłby dochód do 8 tys. zł. Potencjalny koszt byłby zaś pokryty przez wpływy z tytułu wprowadzenia wyższych stawek nowego podatku dla osób osiągających dochody w ciągu roku powyżej 30-krotności średniej pensji.

Ale w każdym z tych przypadków widać, że margines finansowych możliwości jest bardzo wąski.

OPINIA

Miała być wielka reforma, a może się skończyć na nowym janosikowym

Kto jeszcze pamięta, jaki cel miało mieć zastąpienie kilku publicznych danin spójnym podatkiem jednolitym? Przypomnę: jedna danina zamiast PIT i składek miała być punktem wyjścia do uporządkowania opodatkowania pracy w Polsce. Straszny tu mamy bałagan: jedna pensja, a dwie podstawy do wymierzania danin. Ich samych cała lista: pracownik płaci podatek, składkę emerytalną, składkę rentową, składkę zdrowotną, składkę chorobową. Pracodawca dorzuca od siebie drugą część składki emerytalnej i rentowej, składkę wypadkową, składkę na Fundusz Pracy i na Fundusz Gwarantowanych Świadczeń Pracowniczych. Zebranie tego do kupy w podatek jednolity miało uprościć system, zaoszczędzić czas płatników i poborców i – przede wszystkim – dać rządowi większą swobodę w rozdzielaniu pieniędzy w budżecie.

Założenie, że wielkość składników nowego podatku można elastycznie kształtować (bo dziś wielkości składek są regulowane w wielu ustawach, często bez związku ze sobą), było punktem wyjścia do dostosowania wysokości opodatkowania pracy. Dziś jest tak, że przy niskich dochodach łączne obciążenie tymi kosztami jest wyższe, gdy porównać je z tym, co pracownik dostaje na rękę, niż przy dużych zarobkach. To tzw. obciążenie degresywne, malejące wraz z dochodem. Wynika to z konstrukcji PIT, ale przede wszystkim z zasad pobierania składek, w tym słynnej 30-krotności – czyli zaniechania ściągania składki na ZUS, gdy dochód w ciągu roku przekroczy 30-krotność średniej pensji.

O głównych celach podatku jednolitego nikt nie pamięta, bo rząd dość nieudolnie go przedstawiał. Najpierw zaliczył spektakularny falstart. Projekt niedopracowany w takich sprawach, jak opodatkowanie działalności gospodarczej, szybko zamienił się w jakąś nową formułę janosikowego, pomysł na zabranie bogatym, by dać biednym. Tym bardziej że podatek jednolity uznano za świetną okazję do załatwienia kluczowej wyborczej obietnicy, czyli podwyższenia kwoty wolnej do 8 tys. zł. Jak to przedstawiano? Zwolnimy z podatku dochód do 8 tys. zł, ale jednocześnie wprowadzimy stawkę najbogatszym na tyle wysoką, by odebrać to, co zyskują na 30-krotności. W ten sposób to bogaci sfinansują podniesienie kwoty wolnej, przy czym w kategorii najbogatsi zmieszczą się też wszyscy prowadzący działalność gospodarczą i rozliczający się dziś liniowym 19-proc. PIT-em. Nie ma zresztą innego wyjścia, bo inaczej „najbogatsi” zaczną uciekać w działalność gospodarczą i cała konstrukcja runie.

Efekty? Środowisko przedsiębiorców zaczęło protestować. A to na tym środowisku rządowi bardzo zależy. Zaczęło się więc wielkie odkręcanie podatku jednolitego: przedsiębiorcy najpierw mieli dostać „premię” (choć nie wiadomo jaką), potem jakieś „preferencje”, na końcu stwierdzono, że liniowe opodatkowanie zostaje i na pewno nikt niczego nie straci. Sama zmiana będzie, ale „nie jakaś dramatyczna”. Czyli jaka? Taka, by spełniać wcześniejsze zapowiedzi PiS, przy czym można je różnie nazywać: zwiększaniem poziomu redystrybucji, dostosowaniem progresji podatkowej, zmniejszaniem obciążeń najmniej zamożnym i ich zwiększaniem dla tych bardziej zamożnych. Można to zrobić znacznie prościej niż męcząc się nad strukturalnym novum pod nazwą „podatek jednolity”. Może będą to zmiany we wspólnym opodatkowaniu małżonków (ci bogaci mieliby stracić to uprawnienie), może dołoży się wysoką stawkę powyżej 30-krotności (dziś to około 122 tys. zł). A może pomajstruje się trochę przy kwocie wolnej. Nie wszyscy muszą mieć 8 tys. zł, kwota może być przecież degresywna (maleć wraz ze wzrostem dochodu). Można też opodatkować dochód do 8 tys. zł stawką zero, a każdy wyższy stawką 18 proc. (ale liczoną dla całości, a nie tylko nadwyżki ponad 8 tys. zł). Można zastosować kilka tych zabiegów w połączeniu. Efekt będzie ten sam. Tylko że nie będzie to miało zbyt wiele wspólnego z systemową reformą. 

Z czego żyją państwa? Które najbardziej z naszych podatków? – czytaj na Forsal.pl