Wracamy do sytuacji, w której organ I instancji może tuż przed upływem 5-letniego terminu przedawnienia wydać decyzję podatkową, a następnie stwierdzić, że podatnik sam z dobrej woli z pewnością nie zapłaci, a izba skarbowa nie zdąży rozpatrzyć jego odwołania. To wystarczy do nadania rygoru natychmiastowej wykonalności, czyli uruchomienia egzekucji, która – jak wiadomo – przerywa bieg przedawnienia. Przerwanie oznacza zaś, że 5-letni termin zaczyna biec na nowo. W ten sposób, niewiele czyniąc (bo i po co?) , organ zyskuje kolejne pięć lat na weryfikację.

Wszystko to dzieje się przy pełnej akceptacji NSA, który owszem, przyznaje, że takie postępowanie jest „wprawdzie niepożądane”, ale „znajduje oparcie w obowiązujących przepisach i nie może być rozpatrywane w kategorii zawinienia czy opieszałości organu podatkowego” .

W moim przekonaniu całkowicie podważa to sens wprowadzonej w 2009 r. zmiany, której założeniem było – przypomnijmy – że nieprawomocne decyzje I instancji nie podlegają wykonaniu. Warto przypomnieć argumenty, jakie wtedy padały – o zmianie filozofii postępowania podatkowego, o tym, że zbyt wiele nieodwracalnych szkód może wyrządzić przymusowe wykonanie decyzji, która następnie może zostać uchylona lub unieważniona.

Dziś – jak się okazuje – mało kto pamięta, po co wprowadzono do ordynacji podatkowej art. 239a. Cóż komu po tym przepisie, skoro to, co miało być wyjątkiem, staje się obecnie normą powszechnie akceptowaną przez sąd?

Po co w takim razie było wprowadzać do ordynacji art. 239b par. 2 nakazujący organom uprawdopodabniać, że zobowiązanie wynikające z decyzji nie zostanie wykonane? Jeśli uprawdopodobnienie ma polegać na wykazaniu, że do upływu przedawnienia pozostało mniej niż 3 miesiące, to wystarczyło pozostać tylko przy tym drugim. A tak uprawdopodobnienie staje się fikcją. I czy w ogóle można o nim mówić, jeśli sprowadza się ono do policzenia dni na kalkulatorze? Czy matematyczne działanie polegające na zsumowaniu liczb jest w ogóle jakimkolwiek uprawdopodobnieniem?