Ministerstwo Finansów uparcie stoi przy stanowisku, że firma i tak musi odprowadzić od takiego de facto fikcyjnego dochodu podatki. Znane są przypadki, kiedy taki mechanizm doprowadził do bankructwa spore spółki.

– Kilka lat temu byliśmy podwykonawcą robót u dużego dewelopera. Wystawiliśmy mu faktury na 160 tys. zł netto. Nie dość, że nam nie zapłacił i po paru miesiącach ogłosił bankructwo, to musieliśmy jeszcze opłacić VAT i podatek dochodowy od kwoty, którą był nam winien – opowiada Jacek Rybacki z Radomia, wspólnik w radomskiej spółce Narbud z o.o. Mówi wprost, że państwo bezpośrednio przyłożyło rękę do jej upadłości.

– W podobnej sytuacji znajduje się mnóstwo firm w Polsce. Kontrahenci im nie płacą, ale wliczają sobie ich faktury w koszty. Sami poszkodowani tymczasem muszą odprowadzać podatki, a państwa to nie interesuje. Innymi słowy, prawo działa na korzyść cwaniaka i urzędnika, a uczciwemu przedsiębiorcy przykłada się nóż do gardła – komentuje Cezary Kaźmierczak, prezes Związku Przedsiębiorców i Pracodawców.

Co prawda przy okazji nowelizacji ustawy o VAT w 2006 roku wprowadzono przepis o uldze na złe długi, jednak obwarowana jest ona takimi warunkami, że większość poszkodowanych przedsiębiorców nie jest w stanie ich spełnić. Zdaniem prawników istnieje jednak rozwiązanie problemu – wystarczyłoby wprowadzić zakaz odliczania podatku VAT i zaliczania do kosztów uzyskania przychodu nieopłaconych faktur.

Przedsiębiorcy postulują, aby państwo zwolniło ich z obowiązku opłacania podatków od niezapłaconych faktur. Na to jednak nie ma szans – urzędnicy wiedzą bowiem, że tylko uczciwi przedsiębiorcy są w stanie zapłacić podwójnie: i za siebie, i za cwaniaków. A rachunek w kasie resortu na koniec dnia musi się przecież zgadzać. I nieważne czyim kosztem.