Statystyki mają to do siebie, że w zależności od sposobu ich przedstawienia można w zasadzie uzasadnić każdą tezę. Liczby w służbie propagandy sukcesu były niejednokrotnie wykorzystywane. Dopiero globalne spojrzenie na statystykę może ukazać prawdziwy obraz rzeczywistości. Podatek od gier, choć dla niektórych pojęcie abstrakcyjne, też obejmuje ta zasada.

Ministerstwo Finansów podaje, że z blisko 53 tys. automatów o niskich wygranych eksploatowanych na koniec grudnia 2009 r., w I półroczu tego roku funkcjonowało o połowę mniej – średnio 27 tys. Jednocześnie o 37 proc. wzrósł podatek od gier z tego tytułu. Jest to chwalebne, bo oznacza, że ukrócono szarą strefę w branży hazardowej. Jednak z uwagi na całość dochodów budżetowych z tego podatku, na koniec roku nie czeka nas rewolucja.

W ciągu sześciu miesięcy wpływy ukształtowały się na poziomie 838,1 mln zł, czyli stanowi to 53,4 proc. prognozowanych z tego tytułu dochodów. Według deklarowanych wartości wpływy powinny wynieść 847,4 mln zł. Jest to już tylko 10 proc. więcej w porównaniu do roku poprzedniego. A im bliżej końca roku, to ten procent będzie malał.

Na koniec roku zgodnie z ustawą budżetową wpływy z podatku od gier mają wynieść 1,57 mld zł. Nie jest to jakiś specjalny rekord, bo podatek od gier za 2009 rok wyniósł też 1,57 mld zł, a za 2008 – 1,4 mld zł. Ot po prostu rok, jak każdy inny. Na pewno wpływami z podatku od gier nie da się załatać dziury budżetowej i nie będzie miał on większego wpływu na stan finansów publicznych. Jakby tak było, to z pewnością rząd sięgnąłby po odpowiednie instrumenty regulacyjne, a nie podwyższał stawki VAT.

Jednak istnieją też bardziej konkretne wnioski. Rynek gier hazardowych został poddany kontroli, co jest dobrym kierunkiem działań wynikającym z obowiązującej od 2010 roku ustawy o grach hazardowych. Służba Celna rozpoczęła wzmożone kontrole urządzania gier na automatach o niskich wygranych. A to pozwala na sprawdzenie legalności działań właścicieli maszynek do pomnażania pieniędzy.