Maciej Ptaszyński, wiceprezes Polskiej Izby Handlu / Materiały prasowe
Na ostatniej prostej sejmowych prac wprowadzono zmiany w minimalnym podatku dochodowym. Czy objęły one także branżę handlową?
Nie. Tak jak w pierwotnym projekcie, tak i w wersji przyjętej przez Sejm nowy podatek mają płacić podatnicy, którzy poniosą stratę ze źródła przychodów innych niż zyski kapitałowe albo będą mieli rentowność nie większą niż 1 proc.
Co to oznacza dla handlu?
Przede wszystkim problemy. Bardzo wiele podmiotów z branży handlowej, zwłaszcza FMCG (produkty szybko zbywalne), stosuje niskie marże. Mówiliśmy o tym kilka lat temu, gdy projektowano podatek handlowy. Pojawił się wtedy pomysł, aby podatek od sprzedaży detalicznej był liniowy, a więc żeby objął wszystkie firmy z tej branży. Wskazywaliśmy, że dla największych podmiotów na rynku nie będzie on większym problemem, ale dla małych i średnich może oznaczać, iż znajdą się na skraju opłacalności. Wówczas postulat ten został uwzględniony i wprowadzono próg 17 mln zł obrotów miesięcznie, powyżej którego trzeba płacić podatek handlowy. Natomiast zaplanowany obecnie podatek minimalny oznacza w dużym stopniu powrót do koncepcji ujednoliconego podatku, nieuwzględniającego różnic w wynikach finansowych poszczególnych podmiotów. Tak jak wówczas, tak i teraz nie jest to do zaakceptowania.
Rząd deklaruje co innego - że w minimalnym podatku chodzi właśnie o wielkie korporacje.
W praktyce będzie odwrotnie. Wielkie dyskonty handlowe pozostaną zapewne nieopodatkowane, a podatek uderzy, i to z dużą siłą, w mniejszych graczy na rynku, czyli w hurtowników i sklepy detaliczne.
Skąd taki wniosek?
Proponowany podatek minimalny jest liniowy, a dodatkowo nie uwzględnia różnic w rentownościach. Są w Polsce np. dyskonty, które mają rentowność rzędu ok. 5 proc. Co innego jednak dla podmiotów, w szczególności handlu hurtowego, które osiągają bardzo niskie rentowności, bo marża jest niska.
O jakich marżach pan mówi?
Rzędu 1‒2 proc., a często znacznie mniejszych. Pamiętajmy ponadto, że marża jest jedynie jedną ze składowych rentowności. Z wypracowanej marży trzeba opłacić koszty, czyli czynsz, pensje pracowników, koszty stałe (prąd, gaz) i zmienne. W praktyce w obrocie niektórymi towarami rentowność może oscylować wokół ok. 1 proc., a często nawet poniżej. Niskomarżowe kategorie to również papierosy, alkohol, doładowania telefonów etc. W przypadku papierosów czy doładowań cena detaliczna jest wskazana na opakowaniu i nie można jej podnieść tylko dlatego, że marża nie wystarcza na zapłacenie podatku.
Czy w takim razie można tak funkcjonować?
Tak, dopóki występuje efekt skali, zwłaszcza w hurtowniach. Nie ma tu jednak za bardzo czym się dzielić z fiskusem, bo granica opłacalności jest bardzo cienka. Nałożenie podatku minimalnego na podmioty handlowe osiągające rentowność poniżej 1 proc. może wiele z nich zatopić.
Dlaczego twierdzi pan, że hurtownie będą miały problem z powodu nowego podatku, a dyskonty nie?
Bo są o wiele mniejsze niż sieci dyskontowe. Czołowy dyskont w Polsce osiąga 60 mld zł obrotu rocznie i oferuje 2‒3 tys. produktów. To oznacza ogromną siłę negocjacyjną w rozmowach z producentami. Kolejny gracz na rynku ma o połowę mniejsze obroty. Producenci są w stanie zaoferować dyskontom dużo niższe ceny na wybrane, najpopularniejsze towary, w porównaniu do cen dla mniejszych hurtowników czy sklepów detalicznych. Sklep, aby konkurować cenowo na rynku, musi więc mieć dobrego partnera hurtowego, bo sam nie jest w stanie uzyskać od producentów takiej ceny jak dyskonty. Jeśli detalista chce powalczyć z dyskontem, to musi znaleźć partnera, który zapewni mu ekonomię skali. Hurtownikowi z kolei będzie zależało na tym, żeby wypracować jak największy obrót, a nie żeby zwiększyć marżę, bo to jest niemożliwe.
Podatek ma być płacony przez firmy o rentowności poniżej 1 proc. Czy małe i średnie sklepy oraz hurtownie nie mogą jej zwiększyć?
Generalnie jest to trudne w sytuacji, gdy dyskonty mają decydujący wpływ na producentów i kształt rynku handlu. Mamy obecnie rodzaj wojny cenowej. Oczywiście małe sklepy mają tę przewagę, że są bliżej klientów i mają dużo szerszy asortyment. Dalszy wzrost cen nie będzie im jednak pomagał. Co więcej, skomplikuje to również sytuację producentom. Jeżeli oferują oni przykładowo 30 produktów, to do dyskontów sprzedają dwa‒trzy najbardziej popularne. Dyskonty oferują 2‒3 tys. produktów, a małe sklepy 6‒9 tys. Taka jest różnica. Małe sklepy są więc kanałem dystrybucji szerokiego portfolio producentów. Jeśli małe sklepy będą miały trudności, to odbije się to również na producentach.
Czy małe sklepy nie mogą się zintegrować?
Dużo się robi, żeby małe sklepy mogły podnieść rentowność w szczególności przez integrację w handlu w ramach grup zakupowych czy sieci franczyzowych, ale kluczowe jest to, aby małe podmioty mogły się skupić wokół silnych podmiotów hurtowych czy dystrybucyjnych. Jeśli osłabimy hurtownie, to przełoży się to na detalistów.
Co może zrobić hurtownia?
Może podjąć rozmowy z producentami i domagać się obniżenia cen. Zapewne jednak takie działanie będzie z góry skazane na niepowodzenie. Hurtownia może też podnieść ceny detalistom, ale to zmusi ich do podniesienia cen klientom. Wtedy kupujący stwierdzą, że w małym sklepie jest za drogo, że lepiej iść do dyskontu. No i koło się zamyka.
Czyli uważa pan, że największe podmioty, wbrew deklaracjom rządu, w ogóle nie zapłacą podatku?
Niestety tak. W projektowanych przepisach nie ma bowiem żadnego limitu, nie ma znaczenia wielkość płatnika, forma prawna, poziom przychodów, zatrudnienia itp. Nie ma żadnego bezpiecznika. Jeśli wziąć pod uwagę realia rynkowe w branży handlowej, to łatwo przewidzieć, że nową daninę zapłacą krajowe mikro, małe i średnie przedsiębiorstwa, w tym firmy rodzinne.
Jak wyobraża pan sobie taki bezpiecznik?
Polska Izba Handlu zrzesza mniejsze podmioty handlowe (ok. 30 tys. firm) działające na własny rachunek. Problemem nie jest ustalanie progu, dla nas istotne jest to, aby w ogóle wyłączyć z podatku minimalnego branżę niskomarżową. W projekcie znalazły się wyłączenia dla branży lotniczej, wydobywczej. Uważamy, że handel, który generuje ok. 15 proc. PKB, również powinien być wyłączony z nowej daniny.
Większe podmioty płacą obecnie podatek od sprzedaży detalicznej. Czy kolejny podatek - minimalny nie będzie prowadził do podwójnego opodatkowania?
Nie stawiałbym znaku równości między podatkiem handlowym i minimalnym. Nie chcę ich również porównywać. Są to rozwiązania, które powstawały w innych realiach rynkowych. W przypadku podatku handlowego mamy próg minimalny 17 mln zł. On nie był przypadkowy ‒ 17 mln zł miesięcznie daje ok. 200 mln zł rocznie. Jeśli podzielimy tę kwotę przez cztery, bo tyle w uproszczeniu kosztowało 1 euro, gdy podatek handlowy był wprowadzany, to daje to nam 50 mln euro. Tyle wynosi unijny próg obrotów dla małych i średnich przedsiębiorstw. To pokazuje, że da się skonstruować podatek i mechanizm, który nie będzie obciążał małych i średnich przedsiębiorstw. Oczywiście nie mówię o przenoszeniu tej konstrukcji metodą kalki na podatek minimalny. Chcę po prostu wskazać, że jeżeli jest wola, to rozwiązanie zawsze można znaleźć.
Dlaczego nie przenieść tego mechanizmu na podatek minimalny?
Uważamy, że zaproponowana konstrukcja podatku minimalnego jest z założenia błędna.
Jakie będą więc skutki, jeżeli podatek minimalny wejdzie w życie w projektowanym kształcie?
Pierwszym skutkiem, jakiego się spodziewamy, mogą być upadki hurtowni, zwłaszcza mniejszych. Kolejnym może być wzrost cen produktów na półkach w sklepach, co zwiększy i tak już wysoką inflację. Podatek minimalny będzie więc kolejnym bodźcem inflacyjnym. Ponadto długoterminowo oznacza on umocnienie pozycji zagranicznych sieci dyskontowych w Polsce kosztem lokalnych, krajowych przedsiębiorców, w tym MSP.
Rozmawiał Łukasz Zalewski