W odpowiedzi na postulaty rozmaitych zmian w przepisach podatkowych często słyszymy jedno: modyfikacje nie są możliwe, ponieważ nie pozwalają na to stan finansów publicznych, sytuacja budżetu lub procedura nadmiernego deficytu.
Do tej pory była to zwykle tylko wymówka. Teraz w grę wchodzi już uzasadniony, ważki argument. Sytuacja budżetu jest rzeczywiście zła (wskazują na to dane za styczeń – maj), a każda zmiana, której efektem byłby ubytek pieniędzy, nawet niewielki, byłaby z punktu widzenia fiskusa poważnym, dodatkowym kłopotem.
Wpływy z podatków są niższe od planowanych i niższe niż w ubiegłym roku (za wyjątkiem PIT). A to niedobry sygnał i kiepska wróżba na przyszłość. Mniej VAT i CIT to także najlepszy dowód na to, że z gospodarką jest niedobrze: popyt konsumpcyjny nie rośnie, a wyniki przedsiębiorstw się pogarszają. W najbliższych miesiącach sytuacja się nie zmieni. Fiskus rozgląda się więc, skąd wziąć dodatkowe pieniądze (w tym kogo i co opodatkować), a nie jak z nich rezygnować, nawet gdy chodzi o niewielkie kwoty.