Podatek od psów (a ściślej od psów domowych) wprowadzono w Królestwie Prus w 1810 roku. Co ciekawe, pierwotnie był to podatek od luksusu, co miało swoje uzasadnienie. Osoba, która mogła sobie pozwolić na utrzymywanie w domu zupełnie nieproduktywnego zwierzęcia, uchodziła za stosunkowo bogatą. W Niemczech podatek ten przetrwał zresztą do dziś. Ma charakter komunalny i to władze lokalne decydują, czy ma być pobierany i w jakiej wysokości.

W swej ponad 100-letniej historii podatek od psów zdołał odnotować nawet tak burzliwe wydarzenia jak wojna. Batalia o podatek od psów (The dog tax war) wybuchła u schyłku XIX wieku na Nowej Zelandii. Wojna toczyła się między rdzennymi mieszkańcami wyspy a brytyjskimi osadnikami. Bezpośrednim powodem wybuchu starć było nałożenie w 1890 r. podatku na każdego szczekającego czworonoga. Ludność maoryska odmówiła w większości jego płacenia, co stało się powodem interwencji brytyjskiej i zbrojnego oporu Maorysów. W istocie przyczyny starć miały głębsze, polityczne podłoże. Niemniej przeszły one do historii pod nazwą wojny o psi podatek.

Podatek od posiadania psów zawędrował także do Polski. Podobnie jak w Niemczech był on administrowany przez gminy. To one ustalały jego ostateczną wysokość, a także niektóre zwolnienia. Nie mogły jednak całkowicie znosić tego obciążenia na swoim terenie, dlatego gminy, które chciały zrezygnować z jego pobierania, często wprowadzały stawkę w wysokości 1 zł. Tak robiły m.in. przez pewien czas władze Warszawy.

Podatek pobierany był od osób fizycznych posiadających psy. Nieliczne zwolnienia dotyczyły psów przewodników, czworonogów personelu dyplomatycznego, zwierząt w gospodarstwach rolnych oraz należących do osób powyżej 65. roku życia. Te ostatnie mogły nie płacić podatku tylko pod warunkiem, że samodzielnie prowadziły gospodarstwo domowe i nie miały więcej niż jednego psa. Od każdego kolejnego trzeba było płacić podatek. W przypadku gospodarstw rolnych bez opłat można było mieć dwa psy. Państwo ustalało maksymalną stawkę tego podatku. I tak np. w 2007 roku wynosiła ona maksymalnie 53,69 zł za jednego psa.

W grudniu 2007 roku Polska formalnie pożegnała się z podatkiem od psów. Faktycznie nastąpiła jednak tylko zmiana nazwy płaconej za czworonogi daniny. Od roku 2008 funkcjonuje ona pod nazwą „opłaty za posiadanie psa”. Miało to mieć swoje uzasadnienie w zmianie charakteru tej daniny. Podatek od psa dawno przestał już pełnić rolę podatku od luksusu. W powszechnym społecznym odbiorze funkcjonował też jako „głupi i niepotrzebny”. Trudno jest dziś uzasadnić opodatkowanie psa, gdy takim samym podatkiem nie objęto innych zwierząt domowych. Było to zresztą przyczyną jego powszechnego lekceważenia. Właściciele psów rzadko go płacili, a władze gminne niespecjalnie ich za to ścigały, tłumacząc, że wpływy z tego tytułu mają dla nich marginalne znaczenie. Postanowiono zatem znaleźć nowe uzasadnienie dla poboru tej należności. I znaleziono. Czworonogi na spacerach bez zbędnego skrępowania załatwiają swoje fizjologiczne potrzeby. Właściciele z reguły nie mają w zwyczaju po nich sprzątać, mimo że jest to ich obowiązkiem. A skoro tak, zdecydowano, że gminy będą miały prawo wprowadzić opłatę za posiadanie psa po to właśnie, by mieć środki na uprzątnięcie psich nieczystości.

Nowa opłata może być pobierana od osób fizycznych posiadających psy. Wprowadzą ją rada gminy w drodze uchwały – jej wysokość nie może przekroczyć 107,85 zł. Gmina nie ma jednak obowiązku jej wprowadzania. Wiele gmin rezygnuje z niej z uwagi na wysokie koszty egzekucji i nikłą ściągalność. W naszej mentalności nadal pokutuje przekonanie, że płacenie za psa jest czymś niesprawiedliwym. Nawet gdy będąc bardziej jego przyjacielem niż posiadaczem, nie jesteśmy w stanie przełamać psychologicznej bariery przed sprzątnięciem tego, czego pies sam uprzątnąć nie umie.