Po co są paragony? Przede wszystkim po to, żeby fiskus mógł kontrolować rozliczenia pewnych grup podatników. Chodzi o tych, którzy sprzedają towary lub świadczą usługi osobom fizycznym. A tym samym, nie ciąży na nich bezwzględny wymóg wystawiania faktur. Tacy podatnicy muszą ewidencjonować sprzedaż przy użyciu kas fiskalnych, a potwierdzają to właśnie paragony.

Skarbówka od lat przekonuje, że każdy z nas powinien wziąć ten dokument, by mieć pewność, że zapłacony w cenie towaru lub usługi VAT nie trafi do kieszeni nieuczciwego sprzedawcy, tylko zostanie odprowadzony do budżetu skarbu państwa.

Bardziej interesujący jednak wydaje się problem, z którym aktualnie borykają się sprzedawcy. Chodzi o to, że zgodnie z obowiązującymi przepisami są oni zobowiązani wydrukować paragon z każdej sprzedaży i wydać papierowy dokument nabywcy. W przepisach nie doprecyzowano jednak na czym owo wydanie wydrukowanego paragonu ma polegać. 

Zasadniczo problemu nie ma, gdy transakcja odbywa się w sposób tradycyjny. Na przykład wtedy, gdy przysłowiowy Kowalski wchodzi do osiedlowego sklepu spożywczego, w którym zaopatruje się w bułki, mleko i ser. Następnie podchodzi do kasy, kasjer nabija poszczególne produkty, podaje kwotę do zapłaty, Kowalski płaci, kasa drukuje paragon, a kasjer kładzie go przed nim na ladzie. Co dalej stanie się z paragonem to już rzecz Kowalskiego - może go tam zostawić, albo zabrać. Dla sprzedawcy jest to bez znaczenia. Innymi słowy, nie ma i nie może być wątpliwości (!) co do tego, że spełnił ciążący na nim obowiązek wydania paragonu. W końcu położył go w zasięgu ręki Kowalskiego. Wystarczyło, by ten po niego sięgnął.

Sprzedaż jednak nie zawsze jest taka prosta. Zwłaszcza w dobie Internetu, który daje możliwość zawierania i opłacania transakcji na odległość. Przykładów jest wiele, ale posłużmy się dwoma, które były akurat przedmiotem orzekania sądów administracyjnych.

Pierwsza sytuacja dotyczyła koncernu paliwowego. Firma wymyśliła dla swoich klientów specjalną aplikację na telefon. Dzięki niej mogli płacić za paliwo online - tuż po nalaniu benzyny do baku, bez konieczności stania w kolejce do kasy. Takie rozwiązanie z pewnością przypadłoby do gustu wielu kierowcom. Nie spodobało się jednak fiskusowi. Wprawdzie dystrybutor paliwa był połączony z kasą fiskalną, która od razu po zawarciu transakcji drukowała paragon, ale … - drukowała go w budynku stacji benzynowej, a nie na zewnątrz, tam gdzie stał klient. Po paragon trzeba wiec było ewentualnie pofatygować się do budynku stacji. Nie da się zaprzeczyć, że transakcja została zaewidencjonowana, paragon wydrukowany, ale czy dokument został wydany nabywcy paliwa?

Fiskus uznał, iż taka formuła jest niedozwolona. Stwierdził, że sprzedawca ma wydać paragon a nie udostępnić go do odbioru!. Nie pomogły tłumaczenia, że dokument jest i każdy kto chce może go odebrać. A nawet jeśli nie weźmie papierowej wersji, to i tak otrzyma na telefon elektroniczną kopię paragonu.

Druga sprawa, dotyczyła prywatnego przewoźnika autobusowego. Takie firmy muszą drukować i wydawać paragony również wtedy, gdy sprzedają bilety przez Internet. Rozwiązanie to jest dla nich krzywdzące, bo np. do biletów lotniczych, kolejowych czy miejskich nie trzeba drukować paragonu nawet wtedy, gdy sprzedaje się je w okienkach. Nie ma się jednak co dziwić, że PKS miał poważne wątpliwości jak ma wydać klientowi papierowy paragon, gdy bilet jest kupowany, opłacany i ściągany przez Internet. Gdyby firma wysyłała go pocztą to problemu by nie było, po prostu włożyłaby dokument fiskalny do koperty wraz z biletem. Ale co zrobić, gdy koperty nie ma, a przepisy nie pozwalają wystawiać paragonów elektronicznie?

Firma uznała, że wystarczy jeśli poinformuje internetowego klienta, że wydrukowany paragon czeka na niego do odbioru w siedzibie spółki.

Fiskus uznał jednak,  że umożliwienie odbioru paragonu to nie to samo co jego wydanie. Mało tego, organ podatkowy zaproponował, żeby firma wkładała same tylko paragony do kopert i rozsyłała do klientów tradycyjną pocztą.

Fiskus nie przemyślał, że firma nie zna adresów klientów, bo kupujący bilet przez Internet nie są zobowiązani do ich podania. Nie wziął też pod uwagę kosztów wysyłki paragonu. Bo, gdyby np. Amerykanin postanowił pokonać trasę między Radomskiem a Piotrkowem Trybunalskim, to koszty wysyłki listu z paragonem do USA mogłyby przewyższyć zapłaconą cenę biletu.

Tak czy inaczej, w obu przypadkach skarbówka uznała, że klient nie może sobie po paragon podejść, czy pojechać. Ma go dostać na ladzie, a najlepiej do ręki, a jeśli nie to pocztą. Ale nie elektroniczną tylko tradycyjną, w tradycyjnej papierowej wersji. W przeciwnym wypadku sprzedawca łamie przepisy.

Na szczęście dla podatników sądy zajęły w tych sprawach zupełnie inne stanowisko. Uznały, że obie firmy spełniły wymóg wydania paragonu. Doszły do wniosku, że w przepisach paragonowych nie chodzi o to, żeby przekazać dokument fiskalny klientowi do ręki, czy wysyłać go pocztą. Wystarczy stworzyć mu możliwość odbioru paragonu.

Oczywiście jeśli między sprzedawcą a klientem jest bezpośredni kontakt, to paragon powinien zostać wydany do ręki, czy na ladę, ale jeśli takiego kontaktu nie ma to firma nie musi podejmować irracjonalnych działań. Innymi słowy, wymóg wydania paragonu zostaje spełniony także wtedy, gdy wydrukowany dokument czeka gdzieś na klienta. I tym gdzieś może być właśnie budynek stacji benzynowej, albo siedziba prywatnego PKS.

Innymi słowy, zgodnie z orzecznictwem sądów - życie może być prostsze. Bo w przepisach paragonowych chodzi przede wszystkim o to, żeby dowód zakupu został wydrukowany - w momencie sprzedaży i bez żądania nabywcy… a czy klient go odbierze czy nie to już jego sprawa.


➡️ Słuchaj podcastów DGPtalk: Obiektywnie o Biznesie:

Spotify http://prawna.pl/spotify
iTunes Podcast http://prawna.pl/itunes
Google Podcast http://prawna.pl/google
Strona DGPtalk https://podcast.gazetaprawna.pl