Zamiast skupiać się na działalności, na biznesie, wytężali umysły – zwłaszcza o tej porze roku – jak „zracjonalizować” rozliczenia z fiskusem, np. co kupić w październiku, żeby powiększyć amortyzację, jak rozdmuchać koszty w listopadzie, a przychody przerzucić np. na grudzień. I jeszcze jak w końcówce roku upilnować odpowiedniej płynności po uregulowaniu zdublowanej daniny.Ale to przeszłość. Teraz co innego wydaje się najważniejsze. Przerażająca jest świadomość, że było to ćwiczenie przez długie lata zadawane przedsiębiorcom przez rząd i urzędników, a jednocześnie zupełnie niepotrzebnie. Bez jakiegokolwiek uzasadnienia.

Wprawdzie likwidacja podwójnej zaliczki oznacza w pierwszym roku zmniejszenie dochodów budżetu państwa (i to jedyna jej „wada”), ale chwilowe – dochody są przesuwane na kolejny rok. Zmiana cieszy, jak każda, której celem nie jest zwiększenie obciążeń, ale ułatwienie życia przedsiębiorcom. Pytanie jednak, dlaczego tak oczywista sprawa musiała tak długo czekać na pomyślny finał. I czy rzeczywiście trzeba było zwlekać z wdrożeniem zmian, już po ich uchwaleniu, cztery lata? Nie mówmy o kryzysie; to zbyt łatwa wymówka, na dodatek tak w tym, jak i innych przypadkach, nieprawdziwa. Nie sądzę też, aby intencją państwa było uporczywe, wieloletnie szkolenie firm z „optymalizacji podatkowej” z uwzględnieniem kalendarza gregoriańskiego. No dobrze, cieszmy się, że się doczekaliśmy. Ale też zastanówmy, na ile takich oczywistych, racjonalnych i pozytywnych zmian wciąż trzeba czekać.