Protezą rozwiązania tego problemu miały stać się interpretacje podatkowe. Jeśli przedsiębiorca sam nie jest w stanie wydedukować, jak się zachować, aby być w zgodzie z przepisami, zwraca się o interpretację do stosownej dla niego izby skarbowej.

Nic to, że za wytłumaczenie, co autor miał na myśli, musi jeszcze zapłacić. Te kilkadziesiąt złotych i tak jest kosztem wielokrotnie mniejszym niż kara za ewentualne złamanie niejasnego prawa. Można to potraktować jako polisę ubezpieczeniową. Jeśli bowiem przedsiębiorca postąpi tak, jak mówi interpretacja – nie można go karać, gdy po latach okaże się, że prawo należało stosować zupełnie inaczej. Gorzej, że izby skarbowe zaczynają się od tego obowiązku wykręcać. Firmy skarżą się, że ich prośby o interpretację są odrzucane pod wątpliwymi pretekstami.

Z punktu widzenia przedsiębiorcy zaczyna to być groźne. Opisuje on izbie skarbowej sytuację własnej firmy, w której nie wie, jak stosować prawo podatkowe. Niejasne przepisy sugerują różne rozwiązania, musi się na któreś zdecydować, bo czas płynie. Jeśli jego rozumowanie okaże się inne niż urzędników fiskalnych – ma szansę poprawić się i złożyć korektę. Tymczasem izba skarbowa, odmawiając udzielenia interpretacji, tej szansy go pozbawia. Zna natomiast jego dylemat. Przecież on sam dokładnie go opisał, sporządził na siebie coś w rodzaju samo- donosu. Jeśli urzędnik jest złośliwy, firma lada moment może spodziewać się kontroli. Zamiast ułatwiać życie przedsiębiorcom, ułatwia się kontrole urzędnikom.

Jeśli ktoś myśli, że czas trwania kontroli już został ograniczony przez „Przyjazne państwo”, to też się myli. Teraz fiskus, wpadając do firmy, uzasadnia swoją wizytę inaczej. Robi kontrolę, ale nazywa ją „przeglądaniem ksiąg”, „weryfikacją danych”, w każdym razie nie kontrolą, której czas ogranicza mu prawo. Kolejna zmiana mająca biznesowi ułatwić życie okazała się pozorna.

W nieoficjalnych rozmowach urzędnicy skarbowi bronią się, że nie wszyscy przedsiębiorcy dorośli do tego, by państwo obdarzało ich zaufaniem. Są podejrzliwi, bo obywatele polscy potrafią zachować się w sposób, który w innych krajach nikomu nie przyszedłby do głowy. Właśnie bowiem zgłaszają się do nich ofiary ułatwień Przyjaznego Państwa, które zniosło dotychczasowy przepis nakazujący osobie rejestrującej firmę wylegitymować się prawem do zajmowania lokalu mającego być jej siedzibą. Na przykład aktem własności lub umową najmu. Tymi ofiarami okazują się osoby, w których mieszkaniu lub domu bez ich wiedzy ktoś nieznany zarejestrował firmę. Teraz zgłaszają się tam liczni wierzyciele i usiłują odzyskać swoje należności. Albo komornicy. Żeby nie zajęli nowego sprzętu czy komputera, właściciele mieszkań muszą przedstawiać rachunki lub inne dowody własności. Udowodnić, że sprzęt należy do nich, nie zaś do fikcyjnej, zarejestrowanej pod tym samym adresem firmy.

Nękani przez wierzycieli właściciele mieszkań nie są nawet w stanie dowiedzieć się, kto dokładnie tego kłopotu im przysporzył. – Mogę im podać tylko imię i nazwisko właściciela fikcyjnej firmy, ale już nie jego PESEL czy inne dane – skarży się pracownica warszawskiego urzędu skarbowego. Jak więc widać, nie tylko prawo mamy kiepskie. Przy pewnej dozie dobrej woli można je poprawić. O wiele dłużej trwa natomiast zmiana naszej mentalności.