W polskich warunkach przykładowe zmiany prezentowałyby się następująco. Stawka podatku od towarów i usług zostałaby podniesiona do 30 proc. przy zachowaniu preferencyjnych stawek na artykuły żywnościowe pierwszej potrzeby. Jednocześnie zlikwidowany zostałby podatek dochodowy od osób fizycznych i prawnych oraz podatek od dywidend i zysków kapitałowych.

Czy z punktu widzenia równowagi finansów publicznych takie posunięcie w ogóle byłoby możliwe? Choć wydaje się to nieprawdopodobne, nie tu leży główna trudność. Podatek VAT razem z akcyzą i podatkiem od gier stanowiły bowiem w 2010 roku 74 proc. wszystkich wpływów podatkowych (PIT 16 proc., a CIT 10 proc.). Gdyby wpływy w wyniku podniesienia stawki z 22 proc. do 30 proc. wzrosły proporcjonalnie, w budżecie w 2010 roku byłoby mniej o 18 mld zł (kwota ta stanowi 8 proc. wpływów podatkowych). Faktyczny deficyt byłby zapewne znacznie mniejszy ze względu na likwidację większości preferencyjnych stawek oraz dzięki oszczędnościom na funkcjonowaniu aparatu skarbowego. Reformę da się więc przeprowadzić w sposób neutralny dla finansów publicznych.

Korzyści z likwidacji podatków dochodowych i zastąpienia ich podatkami pośrednimi jest wiele. Po pierwsze zyskujemy mnóstwo czasu i pieniędzy traconych w związku z samym procesem naliczania podatków dochodowych, prowadzenia kontroli przez urzędy skarbowe, wypełniania deklaracji, opłacania doradców podatkowych i wyszukiwania luk w prawie w celu dokonania optymalizacji podatkowej.

Po drugie otrzymujemy system, który w przeciwieństwie do obecnego nie karze za oszczędzanie i inwestowanie. Dziś mamy sytuację, że każe nam się płacić podatek jeszcze raz, jeżeli nie konsumujemy dochodów od razu.

Gdy oszczędzamy na jakiś cel w przyszłości, jak mieszkanie czy emerytura, wieloletnie opodatkowanie oszczędności ma negatywny wpływ na ich wartość. Co więcej, stawka opodatkowania kapitału jest wyjątkowo wysoka, gdyż płaci się go zarówno na poziomie przedsiębiorstwa (19 proc. CIT), jak i akcjonariusza (podatek od dywidend i zysków kapitałowych – kolejne 19 proc.).

Po trzecie likwidacja podatku dochodowego przerwałaby proceder marnotrawstwa w firmach. Weźmy na przykład samochód służbowy, który jest de facto formą wynagradzania pracownika, tak by przynajmniej tą częścią otrzymywanych środków nie musiał dzielić się z państwem. Gdyby nie było podatku PIT, pracownik sam decydowałby, jaki samochód kupić i czy w ogóle jest mu potrzebny. W systemie bez CIT z kolei przestałoby mieć znaczenie, co i kiedy można wliczyć w koszty do celów podatkowych – rachunek zysków i strat służyłby tylko temu, do czego został wymyślony, czyli badaniu racjonalności ekonomicznej.

Jest wiele korzyści z zastąpienia PIT podatkami pośrednimi. Choćby oszczędność na urzędach skarbowych

Zamiana podatków dochodowych na pośrednie ma jednak też wady. Co się na nie składa? Przede wszystkim mówi się, że podatek VAT działa podobnie jak liniowy podatek od wynagrodzeń – każdy obywatel płaci 30 proc. od tego, co zarobił. Bogaci płacą więcej, ale nieproporcjonalnie tak jak przy dzisiejszych stawkach PIT wynoszących 18 i 32 proc. Drugie zastrzeżenie, jakie zgłasza się pod adresem tego typu reformy, dotyczy spadku konkurencyjności polskich towarów, które miałyby być droższe ze względu na wyższy VAT. Zauważa się też, że tak wysoka stawka będzie prowokować oszustwa i sprzyjać szarej strefie.

Nie uważam wymienionych kontrargumentów za przeważające. Progresja podatkowa w systemie z jednym podatkiem wcale nie znika. Mniej zarabiający dostają od państwa świadczenia, za które nie płacą, a są one warte tyle samo co te, które otrzymują ci bogatsi. Opodatkowanie netto ma więc charakter progresywny – im więcej ktoś zarabia, tym mniej, w relacji do swojego dochodu, dostaje od państwa. Dodatkowym elementem wzmagającym progresję jest zwolnienie z VAT artykułów żywnościowych pierwszej potrzeby, które mają duży udział w wydatkach osób najbiedniejszych.

Z kolei spadek konkurencyjności wynikły z przestawienia systemu podatkowego na podatki pośrednie jest mitem. Eksport jest bowiem wyłączony z VAT, to znaczy podlega opodatkowaniu, ale w kraju, do którego polskie firmy sprzedają swoje towary. System byłby więc wręcz proeksportowy przynajmniej w krótkim okresie, zanim zostałoby to wyrównane przez wzrost płac w Polsce. Jednym z powodów tego wzrostu byłoby to, że zagranicznym firmom opłacałoby się przenosić produkcję do naszego kraju ze względu na niższe koszty działalności. Zatrudniani przez nie pracownicy płaciliby za to oczywiście podatki na miejscu – zniknąłby problem zatrudniania się w rajach podatkowych, gdyż nic by to nie dawało, skoro i tak podatek pobierany jest, gdy się pieniądze wydaje.

Co do oszustw zaś, to VAT i tak generuje ich stosunkowo najmniej, a pozostawienie jednego podatku sprzyja lepszej kontroli, również społecznej, gdyż obywatele nie czują się skubani na każdym kroku i mniej pobłażliwie patrzą na nadużycia, których dopuszczają się inni.

Czy w jakimś kraju wprowadzono takie rozwiązanie? Niestety, nie znajdziemy rozwiniętego państwa przynajmniej średniej wielkości, które zlikwidowało u siebie podatki dochodowe. Jednak w ostatnich trzydziestu latach w krajach OECD widać wyraźny trend w kierunku obniżania stawek podatków CIT i wzrostu stawek podatku VAT. Na Węgrzech VAT wynosi 27 proc., a podatek dochodowy jest liniowy i relatywnie niski. Więc reforma 1 razy 30 proc., 2 razy 0 proc. byłaby naturalnym krokiem. W końcu jakiś kraj się na to odważy, warto wtedy śledzić, czy rozwiązanie spełni pokładane w nim nadzieje.

Maciej Bitner, główny ekonomista Wealth Solutions