W ostatnich tygodniach Polską wstrząsały nie tylko kolejne nawroty zimy, lecz także mrożące krew w żyłach, dochodzące w skrajnych przypadkach do tysięcy procent podwyżki opłat za użytkowanie wieczyste. Sprawiło to, że porady, jak bronić się przed takim podwyżkami, stały się towarem równie poszukiwanym jak sprzęt do odśnieżania. Kłopot w tym, że w większości przypadków z podwyżkami niewiele da się zrobić.

Gwałtowny skok opłaty za użytkowanie wieczyste nie wziął się ze zwykłej złośliwości gminnych urzędników. Gminy nie mają wielkiego pola manewru, jeśli chodzi o kształtowanie swoich dochodów. Udział w podatkach państwowych jest w stosunku do potrzeb niewielki. A podstawowe teoretycznie źródło utrzymania, czyli podatek od nieruchomości, przynosi symboliczne wpływy. Dzieje się tak z powodu wieloletnich zaniedbań w reformowaniu systemu opodatkowania tychże nieruchomości.

Każdy zawiadujący losami naszego kraju doskonale wie, że reforma – czyli podatek katastralny (naliczany od wartości nieruchomości), nad którym resort finansów pracuje od co najmniej 10 lat – w momencie wprowadzenia będzie oznaczać gwóźdź do trumny w kolejnych wyborach. I dlatego dziś przeciętny mieszkaniec bloku postawionego na gminnym gruncie płaci 30 – 40 zł rocznie podatku od nieruchomości i kilkaset złotych opłaty za użytkowanie wieczyste. Jeśli ma szczęście. Gdy ma pecha, może zapłacić i kilka tysięcy. A mógłby płacić mniej.

Nikt nie lubi płacić podatków. Ale skoro trzeba to robić, to byłoby dobrze, gdyby system był sprawiedliwy i klarowny. Dziś system opłat za użytkowanie wieczyste, płaconych jedynie przez pechowców, których mieszkania znajdują się na takich, a nie innych gruntach, oraz system absurdalnie skonstruowanego podatku od nieruchomości, który zależy od powierzchni nieruchomości (co nie dotyczy jednak skutecznie łupionych tym podatkiem przez gminy firm), sprawiedliwy wcale nie jest.

Weźmy dwa mieszkania. Jedno w Warszawie o powierzchni 50 mkw. i rynkowej wartości 400 tys. zł. Drugie takie samo, tyle że położone w Lesznie Wielkopolskim i warte 250 tys. zł. Dla uproszczenia załóżmy, że dziś obie gminy stosują najwyższą możliwą stawkę podatku od nieruchomości za 1 mkw. powierzchni tego mieszkania, czyli 67 gr. Rocznie płacony przez mieszkańca Warszawy podatek wynosi w tym przypadku 33,50 zł. Podatek płacony przez mieszkańca Leszna będzie dokładnie taki sam. Gdyby wprowadzono podatek katastralny, za te same mieszkania (przy założeniu, że stawka wynosi 0,1 proc.) mieszkaniec Warszawy zapłaciłby 400 zł, a mieszkaniec Leszna tylko 250 zł. Tak, to dużo więcej niż dziś. Ale dużo mniej niż rekompensata, jaką przychodzi nam płacić za niski podatek od nieruchomości w postaci opłat za użytkowanie wieczyste.

Niestety nasze lamenty, jak trudno będzie zapłacić ten podatek staruszkom mieszkającym w drogich mieszkaniach z centrów miast, skutecznie i na długo sparaliżował kolejnych premierów i ministrów finansów. A przecież wystarczyłoby przewidzieć system zwolnień dla takich osób. To może nie jest proste. Ale jest do zrobienia – przy odrobinie odwagi i konsekwencji.