Rewolucja fiskalna, która miała być przedwyborczą bronią PO, okazała się niewypałem – wynika z naszego sondażu. Niemal 2/3 pytanych ma negatywną opinię o tej idei lub nie ma zdania. Pozytywne podejście deklaruje 36 proc. A tylko 16 proc. z nich może zachęcić to do oddania głosu na PO. To słaby wynik, ale nie bez przyczyny. Jak zauważa Jakub Borowski, główny ekonomista Credit Agricole, Platforma nie umiała pomysłu ludziom sprzedać i ci nie wiedzą, o co w nim chodzi. Bo jak połączyć podatek z ubezpieczeniem społecznym? – Powstało błędne wrażenie, że ZUS zostanie zlikwidowany i że trzeba będzie znaleźć kilkaset miliardów dodatkowych dochodów – uważa Borowski. Ale też konstrukcja podatku (o stawce od 10 do 39 proc.) nie jest łatwa do opisania, a MF nie ujawniło wzoru do jego wyliczania.

Wiceminister finansów Izabela Leszczyna komentuje wyniki sondażu: Platforma przez najbliższe tygodnie ma wiele do zrobienia. Będziemy ten pomysł wyjaśniać – zapewnia.

Co myślą Polacy o rewolucyjnych podatkowych pomysłach PO, wiemy z sondażu przeprowadzonego na zlecenie DGP przez panel Ariadna. Wnioski są dwa: PO niespecjalnie przebiła się ze swoją propozycją, skoro prawie połowa (49,1 proc. respondentów) nie zrozumiała, o co chodzi z tym nowym podatkiem. Drugi wniosek: propozycja nie porwała tłumów. Liczba zwolenników i przeciwników jest zbliżona (odpowiednio 36,7 proc. i 31,4 proc., kolejne 31,9 proc. nie jest w stanie wyrobić sobie zdania).

źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Najwięcej zwolenników pomysł zyskał w małych miastach (do 20 tys. mieszkańców), gdzie pozytywnie oceniło go 57,7 proc. pytanych. Za to w dużych i wielkich ośrodkach, gdzie PO zwykle miała duże poparcie, propozycja nie wzbudziła entuzjazmu: negatywnie oceniło ją blisko 35 proc. pytanych z miast liczących 100–500 tys. mieszkańców i 42 proc. respondentów z miast powyżej 500 tys.

Jeśli PO chciała propozycją zainteresować młodych, to też niezbyt się udało. 54 proc. osób w wieku 18–24 lata nie słyszało o pomyśle. A blisko 63 proc. nie rozumie tgo. Ponad połowa (55,2 proc.) nie ma zdania na temat podatku powszechnego. Wreszcie prawie 57 proc. nie wierzy, że po wygranych wyborach Platforma wprowadziłaby w życie swoją ofertę.

To niskie zaufanie widać też w innych grupach wiekowych. Niemal we wszystkich w szczerość intencji PO nie wierzy od 53 proc. do ponad 60 proc. ankietowanych. Podobną tendencję widać w podziale ankietowanych ze względu na miejsce zamieszkania. Od wielkich miast po wsie odpowiedź „nie” na pytanie, czy PO wprowadzi w życie podatek powszechny, wybierało od 49 do 67 proc.. Wyjątek to mieszkańcy małych miast, gdzie niedowiarków jest mniej niż tych, którzy PO zaufali (35,2 proc. do 37,4 proc.).

Z punktu widzenia celu, jaki przyświecał PO przy prezentowaniu podatkowych planów – zdobycia jak największej liczby głosów w wyborach – kluczowe są odpowiedzi na pytanie, czy propozycja wpłynęła na stosunek respondentów do rządzącej partii. Okazuje się, że i tu PO nie odniosła sukcesu. Prawie 69 proc. pytanych odpowiedziało, że ich opinia o Platformie się nie zmieniła. Plan zachęcił do głosowania na PO 16,1 proc. pytanych, ale 15,2 proc. zniechęcił.

Eksperci, których poprosiliśmy o skomentowanie wyników, wytykają PO błędy w komunikowaniu swego pomysłu. Jednak przyznają też, że materia jest dość skomplikowana i trudno o taki prosty przekaz.

– Pomysł nie został dobrze rozpropagowany i niezbyt dobrze wiadomo, co miałby każdemu przynieść. O ile dyskurs o podatku liniowym sprzed dekady był dosyć prosty i pozycjonował opinię publiczną nawet bez spotu o lodówce, to tu jest zupełnie inaczej – podkreśla politolog Rafał Chwedoruk.

Zdaniem politologów mimo kiepskiego startu z pomysłem PO ma szanse, by go rozpropagować. – Jeśli po takim amoku informacyjnym połowa ludzi słyszała, to bardzo dużo, czyli ferment intelektualny powstał – podkreśla Anna Materska-Sosnowska z Instytutu Nauk Politycznych UW.

Ale to oznacza, że Platforma powinna pokazać więcej szczegółów. – Do tej pory przeciętny odbiorca zrozumiał tylko, że Platforma chce coś zmienić w podatkach. Możliwe, że brak szczegółów wynikał też z intencji PO, by hasłem jednolitości, a w domyśle – obniżenia, podatku przyciągnąć tradycyjnych liberalnie myślących wyborców PO, którzy to odbiorą jak uproszczenie i obniżenie indywidualnych świadczeń. A z drugiej strony nie zrazić, jak to się stało dekadę temu, socjalnej większości – zastanawia się Rafał Chwedoruk. Dlatego najlepiej byłoby, by PO pokazała wzór wyliczania podatku lub kalkulator, który porównywałby obecną łączną stawkę PIT i składek na NFZ i ZUS ze stawką planowanego jednolitego podatku.

Mimo nie najlepszego odbioru społecznego PO nie rezygnuje z forsowania pomysłu. – On naprawdę jest dobry i realizuje ideał państwa, o jakim wszyscy marzą. Byliśmy zieloną wyspą w czasach kryzysu, utrzymaliśmy finanse publiczne w ryzach i te osiągnięcia muszą odczuć w portfelach ludzie, którzy niekoniecznie odnieśli wielki sukces, a ten podatek właśnie na to pozwala – podkreśla wiceminister finansów Izabela Leszczyna.

Jak zapewnia resort finansów, który tę koncepcję przygotował, obniżkę obciążeń powinni odczuć wszyscy pracujący dziś na etacie. Gros korzyści z wprowadzenia nowego rozwiązania odczułyby osoby zarabiające najmniej. To mogą być atuty rozwiązania pokazywane przez PO.

– Największą zaletą tego projektu jest to, że wprowadza system podatkowy, który promuje dzietność, choć według formuły, która pewnie jest do dyskusji. Konsekwencją jest ubytek dochodów budżetu na prawie 10 mld zł, co oznacza, że przez kilka lat trzeba będzie wygospodarować środki, by ten projekt wprowadzić – zauważa Jakub Borowski, główny ekonomista Credit Agricole i członek Rady Gospodarczej przy premierze. To dlatego podatek miałby być wprowadzony najwcześniej od 2018 r.