Ministerstwo Finansów znalazło najprostszy z możliwych sposobów zaradzenia niekompetencji własnych urzędników. Skoro tak dużą trudność sprawia im uzasadnianie wyboru metod szacowania przychodu podatnika, to najlepiej w ogóle zdjąć z nich obowiązek ich stosowania. Urzędnicy skarbowi nie są przecież specjalistami z ekonomiki przedsiębiorstwa, zarządzania, technologii produkcji – tłumaczy resort.

Metody w ustawie owszem, pozostaną: porównawcza wewnętrzna, porównawcza zewnętrzna, remanentowa, produkcyjna, kosztowa. Ale tylko dla entuzjastów, czyli tych, których naszłaby ochota zgłębiania tego, co zapisano w ustawie. Obowiązku nie będzie.

Ci, którzy w pocie czoła zbierają grosz za groszem do państwowej kiesy, niech sami ustalą, od jakiej kwoty chcą go pobrać – od 500 zł, 100 tys. zł, a może od kwoty dziesięciokrotnie wyższej? Wprawdzie będą musieli wyjaśnić, dlaczego tak policzyli, ale to znacznie prostsze niż tłumaczyć się z niezastosowania metody porównawczej zewnętrznej.

Trzeba jeszcze tylko zlikwidować metody szacowania dochodów pomiędzy podmiotami powiązanymi, zapisane w ustawach o PIT i CIT. Brzmią jeszcze bardziej zawile: metoda porównywalnej ceny niekontrolowanej, ceny odprzedaży, rozsądnej marży („koszt plus”). Co gorsza dzisiaj, gdy żadnej z nich nie można zastosować, urzędnik musi sięgnąć po metodę zysku transakcyjnego. Któż to słyszał, żeby aż tyle wymagać. I to od niespecjalisty.