Ale ten argument już niedługo może obrócić się przeciwko nim. Nieodpłatnemu korzystaniu z cudzych dóbr niechętnym okiem przygląda się bowiem fiskus.

Urzędnicy żądają dziś podatku już nie tylko od używania służbowych aut czy abonamentów medycznych, ale także od kawy z automatu, z której za darmo mogą korzystać pracownicy. W przepisach podatkowych obowiązuje prosta zasada. Jeśli ktoś korzysta z cudzej własności lub usług bez zapłaty, faktycznie uzyskuje wymierne korzyści. A zatem jego dochody zwiększają się o tyle, ile musiałby zapłacić za zakup tych samych rzeczy po rynkowych cenach. Fiskus stoi więc na stanowisku, że od tak ustalonej wartości powinien zostać uiszczony podatek. Mamy tu bowiem do czynienia z tzw. nieodpłatnymi świadczeniami. Nic nie stoi na przeszkodzie, by tak samo fiskus potraktował serwisy internetowe.

– Tłumaczenie, że e-serwisy korzystają z tzw. nieodpłatnych licencji, może skłaniać organy podatkowe do uznania, że uzyskują one przychód podatkowy w postaci tzw. nieodpłatnego świadczenia – przyznaje Michał Zdyb, prawnik specjalizujący się w tej tematyce, członek zarządu ATAC Audytorzy i Partnerzy. Dzieje się tak wówczas, gdy otrzymujący takie świadczenie portal nie był zobowiązany do wykonania jakiegokolwiek świadczenia wzajemnego. – Jeżeli na skutek korzystania z tzw. nieodpłatnych licencji doszło po stronie serwisu do powstania przysporzenia majątkowego, a dzięki tekstom zarabia np. na reklamach, i wartość tego świadczenia jest możliwa do określenia, wówczas może się okazać, że podstawa opodatkowania w podatku dochodowym od osób prawnych została zaniżona – tłumaczy Michał Zdyb.

Kłopoty z fiskusem

Jeżeli tak uzna fiskus, oznacza to konieczność zapłaty nie tylko zaległego podatku, ale również odsetek za zwłokę i grzywien wymierzanych na podstawie kodeksu karnego skarbowego. Koszty mogą być wyższe niż po zapłaceniu ewentualnych odszkodowań. Sama grzywna w skrajnym przypadku może wynieść grubo ponad 12 mln zł.

To dlatego firmy, które bezprawnie wykorzystują cudze artykuły, przed organami podatkowymi twierdzą, że nie mogą płacić za nieodpłatne korzystanie z takich treści, bo artykuły te ukradły. A skoro to kradzież, nie ma mowy o podatku, bo umowy prawnie nieskuteczne nie podlegają opodatkowaniu. Ewentualne odszkodowanie jest niższe niż podatek.

Takie argumenty nie przekonują jednak urzędników skarbowych. Badają oni, czy kradzież rzeczywiście ma miejsce, czy też jest to bezpłatne korzystanie z cudzych treści. Dla fiskusa ważny jest skutek, jaki został osiągnięty.

Miliony do wzięcia

Fiskus na kontroli serwisów internetowych może zarobić nawet kilkanaście milionów złotych. Spółka ReproPol, która zajmuje się udzielaniem licencji m.in. na wykorzystanie treści prasowych, ogłosiła niedawno, że ma już prawie gotowy specjalny system do wykrywania „nielegalnych kopii tekstów na ok. 100 tysiącach stron internetowych”. To pokazuje skalę problemu. Na tych stu tysiącach witryn pojawia się mnóstwo treści udostępnianych nieodpłatnie. Najczęściej na podstawie udzielonych w bardziej lub mniej formalny sposób nieodpłatnych licencji. To właśnie jest obszar potencjalnego zainteresowania organów podatkowych.

Oszacowanie ewentualnych zysków budżetu z takich działań nie jest proste. Nikt nie dokonał wyliczeń, jaka jest wartość nieodpłatnie przekazywanych serwisom treści. Nieoficjalnie pojawiają się kwoty rzędu 100 – 180 mln zł. Gdyby przyjąć, że każdy z monitorowanych serwisów wykorzystuje tylko jeden taki tekst w miesiącu, to już mówimy o 1,2 mln artykułów. Ich wartość rynkowa, przy ostrożnych szacunkach, to prawie 60 mln zł. A zaległy podatek wynosiłby wówczas około 11 mln zł, nie licząc odsetek i kar. I to przy założeniu, że wartość takiego artykułu to zaledwie 50 zł. Tymczasem, jak tłumaczy prezes Plagiat.pl dr Sebastian Kawczyński, wartość licencji waha się między 100 a 500 zł. To oznacza, że zaległości podatkowe mogą wynosić od 22 do nawet 100 mln zł.