Od 2019 r. zaczyna funkcjonować w Polsce „danina solidarnościowa”, a w praktyce trzecia stawka podatkowa na poziomie 36 proc. Ale dlaczego właściwie nie 70 proc.?
Stany Zjednoczone dorobiły się własnej Margaret Thatcher. W lewicowej wersji. Słyszeliście o 30-letniej Alexandrii Ocasio-Cortez, która jesienią 2018 r. przebojem dostała się do amerykańskiego Kongresu? Ta córka Portorykanki i drobnego ciułacza z Nowego Jorku natychmiast po objęciu mandatu zasiała ferment w amerykańskiej debacie publicznej, postulując opodatkowanie dochodu powyżej 10 mln dol. rocznie podatkiem w wysokości 70 proc. Historycznie rzecz biorąc, nie jest to postulat szczególnie oryginalny, ale Ocasio-Cortez umiejętnie odświeżyła go, wpisując w potrzeby finansowe generowane przez walkę z m.in. globalnym ociepleniem i – dzięki wrodzonej charyzmie – skutecznie skierowała nań uwagę mediów. Choć w erze Trumpa jej pomysł skazany jest na polityczną banicję, to radykalne postulaty są jak bumerang: powracają dopóty, dopóki ktoś ich w jakiejś formie nie zrealizuje.
Załóżmy, że energiczna Ocasio-Cortez, albo ktoś taki jak ona, zdobywa mocną pozycję w Partii Demokratycznej, a potem zostaje prezydentem USA. Gdyby udało się wówczas wprowadzić radykalną progresję podatkową w największej gospodarce świata, w jej ślady mogłyby pójść inne państwa. W tym również Polska. Możliwe więc, że danina solidarnościowa (zaczyna u nas funkcjonować od bieżącego roku) wzrosłaby do np. proponowanych od dawna przez Partię Razem 75 proc. Czy jednak faktycznie jeszcze wyższe podatki dla najbogatszych to taki wspaniały pomysł?