To istotne, że chodzi o pomysły prowadzących biznes. W skrócie sprowadzają się one do tego, by zlikwidować oba podatki dochodowe (zarówno PIT, jak i CIT) i wszystkie składki na ubezpieczenia, w tym na Fundusz Pracy i Fundusz Gwarantowanych Świadczeń Pracowniczych. W zamian miałyby obowiązywać: danina w wysokości 25 proc. od funduszu płac (jak rozumiem, definiowanego jako fundusz przeznaczony na opłacenie każdej pracy – bez względu na formę prawną jej świadczenia), podatek obrotowy od osób prawnych (0,49 proc. dla banków i instytucji finansowych, 1,49 proc. dla pozostałych przedsiębiorstw), podatek od dywidend – 25 proc. (o 6 pkt proc. wyższy niż dziś), podatek obrotowy (inaczej – od przychodów ewidencjonowanych) obowiązujący wszystkie osoby fizyczne prowadzące działalność gospodarczą (które tym samym utraciłyby możliwość odliczania jakichkolwiek kosztów uzyskania przychodu). W tym wypadku stawki miałyby być zróżnicowane w zależności od rodzaju działalności i sięgać od 3 do 15 proc. Osoby te płaciłyby także zryczałtowany podatek od usług publicznych – w wysokości kilkuset złotych miesięcznie.

Oczywiście rodzi się wiele pytań, w tym dotyczących spodziewanego podwyższenia dochodów pracowników (przy takich samych kosztach pracodawcy) o 25 proc. – skąd pewność, że pieniądze nie zostałyby w firmach? Konieczna jest też pogłębiona analiza skutków finansowych poszczególnych zmian – nie tylko dla budżetu (w tym, co bardzo ważne, dla samorządów), lecz także dla zainteresowanych, np. osób prowadzących biznes czy pracowników. Również w kontekście likwidacji licznych ulg (ale i maksymalnego odbiurokratyzowania rozliczeń po prywatnej i publicznej stronie). Tak czy inaczej, to ciekawy głos w dyskusji.

Rzeczywistość gospodarcza jest złożona. W jakiejś mierze złożony musi być też zbiór regulacji, także podatkowych, który się do niej odnosi. Ale to nie znaczy, że radykalne zmiany nie są możliwe. Na przykład takie, by – za wyjątkiem ściśle określonych, nielicznych przypadków – nie miało znaczenia, z jakiego źródła przychodów czy z jakiego tytułu do ubezpieczenia uzyskujemy wpływy, a ich strumień był jednolicie opodatkowany (zarazem oskładkowany), czyli obciążony na rzecz dobra wspólnego. Różne mogłyby być najwyżej stawki – w zależności od wielkości tego strumienia.

Dobrze by więc było, aby zwycięzcy w wyborach – bez względu na to, kto w tym gronie będzie – zmierzyli się z koncepcją jednolitego podatku jako alternatywą dla ustawicznego łatania obowiązującego systemu.