Zacznę od optymizmu: podatnicy VAT odetchnęli z ulgą, bo pod wpływem powszechnej krytyki szef resortu finansów zapowiedział istotne odłożenie w czasie wprowadzenia oraz weryfikację koncepcji tzw. faktur ustrukturyzowanych, które trzeba obowiązkowo wystawiać i przyjmować od połowy tego roku. Od początku pojawienia się tej koncepcji (przypomnę, że pierwotnie nieszczęście to miało spotkać podatników już w kwietniu 2023 roku) publicznie przekonywałem, że nawet próba przymusowego wdrażania tej koncepcji skończy się największą od trzydziestu lat katastrofą organizacyjną i ekonomiczną, wyrządzając niepowetowane szkody nie tylko podatnikom, którym zdezorganizowano by cały system rozliczeń i płatności, lecz również fiskusowi wywołując nawet załamanie dochodów budżetowych. Można tylko publicznie podziękować szefowi resortu za jedyną racjonalną decyzję w tej sprawie. Prawdopodobnie cały ten pomysł prędzej czy później trafi do kosza, bo obarczony jest podstawowymi błędami koncepcyjnymi; mówiąc wprost – nie da się go poprawić, a podatnicy nie powinni płacić (w sensie dosłownym i metaforycznym) za wdrożenie błędnych pomysłów powstałych prawdopodobnie pod wpływem szkodliwego lobbingu. Może warto podać do publicznej wiadomości, kto jest orędownikiem tego pomysłu, który był zainicjowany jeszcze w 2021 roku, czyli wtedy gdy rządziła inna formacja polityczna. Wbrew zapowiedziom prawdopodobieństwo, że politycy odważą się zdezorganizować w ten sposób całość systemu fakturowego w roku „wyborów o wszystko” (czyli prezydenckich), jest raczej niewielkie.

To część optymistyczna prognozy co do przyszłości tego podatku. Jest również ta druga jej część – zdecydowanie pesymistyczna. Szokiem dla wszystkich są dwie informacje: w zeszłym roku zwrócono rekordową kwotę VAT-u – około 220 mld zł, czyli prawie połowę wpływów. Przypomnę, że zwroty w 2021 roku wynosiły tylko 113 mld zł, czyli przez dwa lata wzrosły o ponad 100%. Takiej katastrofy nie było nawet w najczarniejszych latach tego podatku, czyli w okresie 2004-2016. Druga dotyczy prognozy przyrostu dochodu z tego podatku w 2024 r. Budżet na ten rok planuje, że podatnicy zapłacą całkowicie nieudaną kwotę netto (dochodu) 316 mld zł, czyli o 70 mld złotych więcej niż w zeszłym roku. Nie trzeba być znawcą finansów publicznych aby stwierdzić, że jest to przy obecnej wysokości stawek oraz kształcie tego podatku całkowicie nierealne, nawet gdyby w drugiej połowie roku wprowadzono drastyczną podwyżkę podstawowej stawki. Przypomnę, że stawka 23% ma charakter „epizodyczny” i została wprowadzona przez liberałów w 2011 roku. Czy nowa, równie „epizodyczna” stawka np. w wysokości 25% (o takim poziomie dowiedziałem się od osób „dobrze poinformowanych”), zapewni aż tak wysoki przyrost dochodów? Oczywiście nie: aby tyle „zedrzeć z obywateli” trzeba rozpocząć masowe kontrole oraz represyjne blokady zwrotów. Ta ostatnia droga postępowania jest (jak zawsze) najbardziej prawdopodobna. Gdyby kwota zwrotów w 2024 roku była tylko jedną czwartą niższa niż w rekordowym roku 2023, czyli o ok. 50 mld zł, mamy problem (prawie) „rozwiązany”, choć wzrost wpływów o brakujące 20 mld zł wcale nie jest aż tak pewny wobec prawdopodobnego załamania popytu ze strony upadającego w przyspieszonym tempie sektora rolno-spożywczego. Jeżeli blokady zwrotów dotyczyłyby oszustów, którzy prawdopodobnie znów na wielką skalę wyłudzają zwroty, to uczciwi podatnicy mogliby spać spokojnie. Niestety jest również inny scenariusz, w którym blokady te obejmą głównie uczciwych podatników, a liderzy wyłudzeń jak zawsze znajdą sposoby na legalizacją swoich działań. W sukurs przyjdzie tu oczywiście wiekopomny dorobek judykatury unijnej, bo przecież działali oni zawsze „w dobrej wierze przy dołożeniu należytej staranności”, co są w stanie potwierdzić przy pomocy odpowiednich procedur.

A jaką część kwoty prawie 220 mld zł zwrotów w 2023 roku stanowiły sensu stricto wyłudzenia? To już jest inna opowieść, ale wstępne szacunki wynoszą ok. 45 mld zł, bo w ciągu ostatnich kilku lat rozwinęły się nowe „techniki wyłudzeń”. O ile mi wiadomo nikt jednak nie podjął nawet próby opracowania wytycznych jak przeciwdziałać temu procederowi. Mamy przed sobą dość ponurą alternatywę: albo masowe blokady zwrotów podatku, które zapewne w istotnej części (jeśli nie w większości) dotyczyć będą uczciwych podatników albo drastyczne podwyższenie stawek. O jednej już wiemy na pewno: w drugi dzień Świąt Wielkanocnych wzrośnie z 0% do 5% stawka VAT na wszystkie artykuły spożywcze i płody rolne. Podwyżka stawki podstawowej i obniżonej (przypomnę, że już raz „epizodycznie” podwyższono je z 22% na 23% i z 7% na 8%) mogłaby nastąpić z dniem 1 września br. co jednak nie da dostatecznego efektu fiskalnego. W tym roku na wcześniejsze podwyżki nikt się raczej nie odważy.

Również niewielkie są szanse na usunięcie gigantycznego bałaganu, który pieczołowicie tworzono w przepisach podatkowych nie tylko przy okazji „Polskiego Ładu”, bo dzieło destrukcji podjęto już znacznie wcześniej.

Jedno jest pewne: dla podatników i dla budżetu będzie to zły rok.

Kończąc pragnę podziękować wszystkim podatnikom, księgowym, menedżerom oraz doradcom podatkowym za masowe poparcia dla działań mających na celu oddalenie katastrofy fakturowej, która wciąż grozi nam formalnie od połowy roku. Oddzielne podziękowania należą się szefowi resortu za zdecydowaną reakcję na ten oczywisty postulat. Dziś dla podatników liczy się tylko przede wszystkim wiarygodność.

Prof. dr hab. Witold Modzelewski, Prezes Zarządu Instytutu Studiów Podatkowych / Materiały prasowe

Prof. dr hab. Witold Modzelewski

Prezes Zarządu Instytutu Studiów Podatkowych

Doradca podatkowy nr 00001





Czytaj więcej w dodatku XVIII Ranking Firm i Doradców Podatkowych