Pracodawca i pracownik patrzą na to samo wynagrodzenie z dwóch różnych stron. Ten pierwszy widzi przede wszystkim kwotę, którą dostaje „na rękę”. Ten drugi wie, że musi jeszcze odprowadzić naliczony od wynagrodzenia podatek dochodowy (PIT) i składki ubezpieczeniowe. A tych jest kilka: ubezpieczenie emerytalne, rentowe, zdrowotne, wypadkowe, chorobowe oraz składki na fundusz pracy i fundusz gwarantowanych świadczeń pracowniczych. Wszystko to razem z płacą netto składa się na koszt zatrudnienia. Klin podatkowy to różnica między pieniędzmi, które pracownik dostaje „na rękę”, a kwotą, którą na jego zatrudnienie wydaje firma. Obie strony wolałyby, żeby wynik tego matematycznego działania był jak najbliższy zeru. Ale jest też trzecia strona, budżet państwa, którego racje w dyskusji o klinie podatkowym też są bardzo istotne. Jako przedstawiciel właśnie tej trzeciej strony uważam, że w tej kwestii trzeba szukać złotego środka. To oczywiście nie jest sprawą prostą, ale konieczną.

Oczywisty kłopot

Im większy klin, tym większa skłonność pracowników do arbitrażu. Na czym on polega? Przychodzi młody człowiek do pracodawcy i mówi, że chce etatu oraz pensji w wysokości 3 tys. zł. Ten mu odpowiada, że da 4 tys. zł, lecz na umowę zlecenie albo, co gorsza, zatrudni go „na czarno”. W ten sposób pracodawca i pracownik dzielą się klinem. Efekt? Niższe wpływy do budżetu z PIT i ze składek społecznych. To prowadzi do prostego wniosku – wyższy klin wcale nie musi powodować większego zasilania finansów publicznych. Zachęca natomiast do szukania ścieżek wiodących na przełaj, nie zawsze w zgodzie z przepisami. Zapewne dlatego wielu nieaktywnych zawodowo wybiera zasiłki i możliwość dorobienia bez umowy.

Według danych GUS za III kwartał zeszłego roku wśród biernych zawodowo nieco ponad 37 proc. stanowiły osoby w wieku produkcyjnym. Dodatkowo – jak podaje urząd – ok. 880 tys. osób w Polsce w 2017 r. pracowało w szarej strefie. One mogłyby zasilić szeregi pracowników etatowych, lecz zapewne w wielu przypadkach zarówno im, jak i pracodawcom się to nie opłaca. Bo przeszkodą jest klin podatkowy.

Co istotne – w Polsce premiuje on niżej opodatkowane i oskładkowane umowy cywilnoprawne, stąd rzesze pracujących na takich warunkach. Młodzi ludzie mają w związku z tym oczywisty kłopot, gdyż wejście na rynek pracy często oznacza dla nich wpadnięcie w pułapkę tzw. umów śmieciowych, z której trudno się wydostać i wrócić na normalną ścieżkę kariery zawodowej.

Na tle innych krajów

OECD, Organizacja Współpracy Gospodarczej i Rozwoju, policzyła, że polski klin podatkowy w 2017 r. wynosił 36 proc. kosztów pracy. Brzmi groźnie, choć to mniej więcej tyle, ile średnia w OECD. Rozpiętość jest jednak ogromna – od 7 proc. w Chile czy 18 proc. w Nowej Zelandii, aż do 50 proc. w Niemczech i 54 proc. w Belgii. Ale to klin liczony dla samotnej osoby zarabiającej przeciętne wynagrodzenie.

Pozornie nasz klin mieści się w normie, więc nie powinno być powodu do narzekań. Tak jednak nie jest. Z badań OECD płynie drugi bardzo ważny dla nas wniosek: nasz klin dla osoby żyjącej z płacy minimalnej oraz takiej, która zarabia o dwie trzecie więcej niż wynosi średnia krajowa, jest niemal identyczny. Należymy do grona państw o najniższej progresji wysokości klina. W grupie pracowników uzyskujących pomiędzy 67 proc. a 167 proc. średniego wynagrodzenia klin zwiększa się o zaledwie 1 pkt proc. Jest „płaski”, choć teoretycznie mamy progresywny system podatkowy. Dla porównania średnia progresja klina w OECD wynosi 8 pkt proc., a w Irlandii, gdzie jest największa, aż 17 pkt proc.

Wnioski

Być może pierwszym pomysłem na zmianę tej sytuacji byłoby zwiększenie klina w grupach zatrudnionych o wysokich dochodach. Czy na pewno? Nie chodzi o to, by lepiej zarabiający uciekali w pozorną działalność gospodarczą, gdzie klin jest znacznie mniejszy. Może trzeba zwiększyć obciążenia dla klasy średniej? To ryzykowne, gdyż mogłoby to tę grupę po prostu wypchnąć z etatów. Wygląda na to, że nie da się wewnątrz klina wprowadzić takiej redystrybucji, która zachowałaby jego neutralność dla finansów publicznych.

Okładka. Magazyn. 12.04.2019

Okładka. Magazyn. 12.04.2019

źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Klin trzeba więc zmniejszyć. Ale jak? Wprowadzając większą progresję w przedziale dochodów z pracy między połową a 167 proc. średniego wynagrodzenia. Zmniejszanie obciążeń dla osób o relatywnie niewysokich pensjach to najkorzystniejsze rozwiązanie z punktu widzenia bodźców na rynku pracy. Pozwoli młodym ludziom łatwiej rozpoczynać pracę na etacie i równocześnie da możliwość powrotu na rynek pracy osobom pracującym w szarej strefie.

infa

infa

źródło: Dziennik Gazeta Prawna

To jest kierunek, w którym powinniśmy podążać. Niebawem zrobimy w tej kwestii pierwszy ważny krok. To obniżenie PIT do 17 proc., które w praktyce będzie dotyczyć wynagrodzeń mieszczących się w połowie obecnego progu podatkowego. Wprowadzimy też wyjątkową ulgę dla osób młodych, które do tego samego poziomu dochodów będą zwolnione z PIT. Istotne w tej kwestii będzie też podniesienie kosztów uzyskania przychodu. Te podatkowe zmiany wpłyną na obniżenie klina podatkowego.

Czy będzie potrzebna dalsza jego redukcja? To pytanie, które musimy stawiać sobie już dziś. Odpowiedzi na nie należy szukać wspólnie z przedstawicielami biznesu, z pracownikami i ekspertami. Należy przy tym pamiętać, że każda budżetowa decyzja niesie za sobą wieloletnie konsekwencje. Istotne, żeby były to decyzje odpowiedzialne, właściwie oszacowane i by finalnie miały pozytywny wpływ na rozwój naszego kraju.