Powód? Sądy administracyjne od dawna stoją na stanowisku, że do bezpośredniego stosowania konstytucji uprawnia je wprost jej art. 8 ust. 2 („Przepisy konstytucji stosuje się bezpośrednio, chyba że konstytucja stanowi inaczej”). Czy to źle?

Uważam, że bardzo dobrze, zwłaszcza gdy w grę wchodzi tak oczywista niekonstytucyjność, jak w sprawie nieprzedawniania się zobowiązań podatkowych zabezpieczonych hipoteką. Skoro już raz TK się co do tego wypowiedział (w odniesieniu do przepisu obowiązującego do końca 2002 r.), to dlaczego aktualny, niemal identyczny przepis miałby być zgodny z ustawą zasadniczą? (DGP nr 74/2016).

Szkoda jednak, że nadal nie jest to oczywiste w sprawach, w których trybunał orzekł o niekonstytucyjności przepisu, lecz zarazem odroczył jego moc obowiązującą. Sztandarowy już przykład dotyczy podatników, wobec których zastosowano 75 proc. PIT od nieujawnionych dochodów na podstawie przepisu obowiązującego od 2007 r. Gdyby można było sięgnąć wobec nich po niemal identyczny artykuł, lecz z lat 1998–2006, uniknęliby zapłaty. Ale ponieważ TK orzekł, że niekonstytucyjny art. 20 ust. 3 ustawy o PIT straci moc dopiero po 18 miesiącach, więc posypały się sankcyjne daniny. Słowem – jak pisaliśmy niejednokrotnie w DGP – jednym się upiekło, inni muszą płacić.

Dlaczego wracam do tego przykładu? Bo z przedstawionego właśnie sprawozdania z działalności sądów administracyjnych za 2015 r. dowiaduję się, że w innych sprawach półtoraroczne odroczenie utraty mocy obowiązującej przepisu nie było jednak przeszkodą do odmowy jego zastosowania. W wyroku o sygn. akt II OSK 263/14 sąd kasacyjny uznał, że 18-miesięczny termin jest adresowany przede wszystkim do ustawodawcy. Owszem, co należy podkreślić, sąd szczegółowo uzasadnił decyzję, kładąc szczególny nacisk na to, że gdy idzie o odroczenie mocy obowiązującej niekonstytucyjnego przepisu, to nie ma miejsca na prosty automatyzm.

Marne to jednak pocieszenie dla osób, wobec których mimo wszystko zastosowano niekonstytucyjną regulację. Wprawdzie w tej drugiej sprawie nie chodziło o podatki, lecz opłatę za wycięcie drzew, lecz skutek był również finansowy i to niebagatelny – chodziło o 1,6 mln zł za usunięcia czterech dębów czerwonych. Cóż zatem za różnica, czy obywatelowi przychodzi zapłacić półtora miliona za narażenie na uszczerbek budżetu państwa, czy środowiska?