Myliłby się jednak ten, kto pomyślałby, że oszukany w ten sposób jest tylko fiskus. Cierpi na tym także uczciwy biznes, ten, który nie stosuje kreatywnego podejścia do płacenia podatków. Staje się bowiem mniej konkurencyjny od podatkowych oszustów. Nie jest bowiem w stanie zaoferować cen równie atrakcyjnych jak tamci. Myliłby się też ten, kto myślałby, że kreatywne salony oszukują państwo w interesie klientów. Porównanie cen między salonami szybko prowadzi do wniosku, że ceny w tych z zabiegami medycznymi są niższe tylko na tyle, by salon stał się konkurencyjny wobec tych, które takiej kwalifikacji swoich usług nie stosują. Daleko im jednak do tego, by zbliżyły się do zaoszczędzonych na VAT 23 proc. Większość tej kwoty powiększa zysk właścicieli. Trudno się zatem dziwić, że przyzwolenie społeczne na takie zachowania jest dziś mniejsze niż kilka lat temu.

Oszukiwanie fiskusa powoli przestaje być cnotą. Coraz częściej przedsiębiorcy i obywatele zdają sobie sprawę, że tolerując kombinacje, nawet gdy przynoszą krótkotrwałą korzyść, w przyszłości będą musieli zapłacić za to rachunek. Rachunek, który w ramach odpowiedzialności zbiorowej fiskus wystawia wszystkim – podnosząc podatki, likwidując ulgi lub też sięgając do naszych kieszeni w inny sposób.

Warto o tym pamiętać, bo rosnące statystyki obywatelskich donosów wyraźnie świadczą o tym, że mamy już dość płacenia za cudze cwaniactwo. I słusznie. Jeśli uda się je wyeliminować choć w części, wszyscy jako społeczeństwo zyskamy większą legitymację nie tylko do tego, by państwo dokładnie z wydawania naszych pieniędzy rozliczać, ale także by zacząć domagać się obniżania podatków wtedy, gdy stan państwa tylko na to pozwala. Tym bardziej w okresie, gdy jest się zieloną wyspą.