Najsmutniejsze jest to, że w tym sporze rację mają obydwie strony. Gdyby podatnicy nie kombinowali ciągle, jak obniżyć sobie podatek poprzez prywatne zakupy wrzucane w firmowe koszty, fiskus nie musiałby zaostrzać przepisów. W konsekwencji nie wprowadzałby też odpowiedzialności zbiorowej. Z drugiej strony, gdyby fiskus nie uciekał się do bezmyślnego często zaostrzania przepisów, podatnicy nie wymyślaliby coraz bardziej absurdalnych patentów na to, jak te zakazy obejść. Koło się zamyka. W całej sprawie jedynym wygranym od lat są firmy motoryzacyjne. Przy każdej zmianie przepisów udaje się im nieco na nich zarobić. A to strasząc, że za chwilę nie da się odliczyć VAT, więc trzeba szybko kupować samochody. A to wymyślając osobowe ciężarówki poprzez wstawienie okratkowania czy montaż kasetek na pieniądze. Kłopot z nimi mają później nabywcy, skuszeni często wirtualnymi oszczędnościami. Czemu dziwić się zresztą nie można. Podatki są i zawsze będą za wysokie. Stąd każda okazja do ich obniżenia dobrze się sprzeda.

Nie oznacza to jednak, że zawsze przyniesie podatkowe oszczędności i że każdej reklamie można bezkrytycznie wierzyć. Dość powiedzieć, że jeśli w starciu z fiskusem bankowozowy patent nie wypali, będzie to już druga poważna podatkowa wpadka branży motoryzacyjnej w ostatnich miesiącach. W listopadzie ubiegłego roku niektóre firmy uruchomiły kampanie reklamowe, w których głównym motywem był patent na zaoszczędzenie na podatku przez zakup auta. Miało to pozwolić na zmniejszenie podwójnej zaliczki. Kłopot w tym, że ta wyliczana była na podstawie danych za listopad. A kupione w listopadzie auto wchodziło w koszty grudnia. Nie mogło zatem zmniejszyć zaliczki.