W żadnym cywilizowanym kraju nie utrzymałby się dłużej niż do wieczora polityk, który zapowiedziałby pięciokrotny wzrost opodatkowania żywności. U nas tacy pozorni samobójcy wygrywają kolejne wybory. Przykładem jest chociażby powtarzane od lat hasło ujednolicenia stawki VAT do poziomu np. 15 proc. Przy obecnym opodatkowaniu ziemniaków czy mięsa stawką 3 proc. oznacza to pięciokrotny wzrost opodatkowania, a więc ucieczkę całych segmentów rynku na bazary lub za granicę, bo w ościennych krajach nie ma tak wysokich podatków od żywności.

Teraz po raz pierwszy od lat politycy mówią coś na serio, zapowiadając zmiany w stawkach VAT. Oficjalnie skutek tego zabiegu da 5,5 mld zł. To raczej mało, chociażby w zestawieniu z pogłębiającą się luką między spadającymi dochodami z ogółu podatków a rosnącymi zobowiązaniami budżetu. Chyba politycy również dostrzegli ten problem, zapowiadając, że jeśli w przyszłym roku nie będzie lepiej, to znowu podwyższą VAT. I pewnie tak będzie, lecz nie poprawi to sytuacji budżetu.

Podatek VAT nigdy nie był przykładem doskonałości, lecz to, co się z nim dzieje od dwóch lat, przekracza stany alarmowe. Nie chodzi tylko o rozgardiasz interpretacyjny. VAT jest demolowany przez dziwaczną procedurę tworzenia prawa. Jej przykładem była nowelizacja z jesieni 2008 r., która według ostrożnych szacunków spowodowała utratę co najmniej takiej samej kwoty, jaką zamierza się teraz uzyskać z podwyżki stawki podstawowej. Dzięki tym prezentom każdy dostawca na rzecz sektora publicznego czy instytucji finansowych może w majestacie prawa unikać płacenia podatku, pod warunkiem że jego odbiorca nie zapłaci faktury w ciągu pół roku, a wierzytelność z tego tytułu nabędzie ten, kto zajmuje się handlowaniem długami. Gdy po raz pierwszy ujawniono publicznie tę lukę, spotkało się to z agresywną reakcją pewnego gremium, formalnie niemającego nic wspólnego z procesem tworzenia prawa. Może tym samym poznaliśmy ośrodki decyzyjne, które dyktują to, co ma być uchwalone na Wiejskiej?

Tworzeniem przepisów podatkowych rządzi konglomerat przypadku, ambicji i interesu biznesu podatkowego. Naiwnie wierzę, że ten cały bałagan przejdzie do historii, bo podatki, a zwłaszcza najważniejszy podatek UE, to zbyt poważny problemem, aby ten stan rzeczy pozostał. Od czego zacząć? Od gremium ekspertów. Gdyby tylko politycy pozbyli się zbędnych suflerów, dochody budżetowe można by w przyszłym roku zwiększyć o około 21 mld złotych. Na tę sumę składać się mogą: podwyżka stawki podstawowej z 22 proc. na 23 proc., co da ponad 7 mld zł. Wzrost stawki z 3 proc. na 7 proc. na produkty rolne, niskoprzetworzone żywnościowe i usługi rolnicze oraz z 0 proc. na 7 proc. na książki i wydawnictwa specjalistyczne – łącznie ponad 3 mld zł, likwidacja luk utworzonych tylko w 2008 i 2009 r. – 6 mld zł. Oraz wprowadzenie zakazu odliczania paliwa na samochody osobowe i inne przeznaczone do przewozu do 9 osób – ponad 4 mld zł. Pieniądze są w rękach polityków, wystarczy się po nie schylić.

Witold Modzelewski jest profesorem Uniwersytetu Warszawskiego