Czy w ogóle powinien istnieć Trybunał Konstytucyjny? – zastanawia się dr hab. Kamil Zaradkiewicz wywiadzie udzielonym „Rz”. Podkreśla, że to tylko rozważania naukowca. Stawia pod dyskusję to, czy kontrolę konstytucyjności prawa powinien sprawować trybunał czy może, jak w niektórych krajach Europy, sądy powszechne? A może taka kontrola powinna być w ogóle zakazana? – zastanawia się były dyrektor Biura Zespołu Orzecznictwa i Studiów TK.

Katarzyna Jędrzejewska

Katarzyna Jędrzejewska

źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Na koniec zauważa, że mamy jeszcze Trybunał Stanu. To on mógłby zatem przejąć kontrolę przestrzegania konstytucji.

Nie jestem naukowcem, nie spędzam godzin w bibliotekach nad badaniem modeli sądu konstytucyjnego: kelsenowskim i zdekoncentrowanym. Jako dziennikarz obserwuję świat podatkowy od podwórka. I wiem jedno: nie ma znaczenia, czy trybunał będzie się nazywał konstytucyjny, czy stanu. Rzecz nie w nazwie, lecz w kompetencjach i niezależności – nie tylko od wpływów politycznych, lecz i samej władzy sądowniczej. Uważam, że proste przekazanie sądom powszechnym i administracyjnym prerogatywy w zakresie rozstrzygania sporów konstytucyjnych nie sprawdziłoby się. Sądy już dziś mają taką możliwość i jaki jest tego efekt?

Mamy co najmniej dwa sprzeczne wyroki Sądu Najwyższego w sprawach dożywotniej możliwości ściągania zobowiązań podatkowych zabezpieczonych hipoteką. Z jednego wynika, że takie nieograniczone w czasie uprzywilejowanie fiskusa jest sprzeczne konstytucją, bo przecież już raz TK to stwierdził, tyle że w odniesieniu do nieobowiązującego już dziś przepisu (sygn. akt V CSK 377/15). I drugi wyrok, z którego wynika, że jednak sąd powszechny nie może wkraczać w kompetencje trybunału (sygn. akt II CSK 517/14).

Oba orzeczenia dzielą cztery miesiące. W drugim SN wziął pod uwagę nowe okoliczności, czyli warunki, w jakich działa obecnie trybunał. Marna to jednak pociecha dla tego, kto przegrał w pierwszej sprawie i będzie musiał zapłacić zaległość, której 18 lat temu nie uregulował zbywca nieruchomości.

Bardziej skłonne do bezpośredniego stosowania konstytucji są sądy administracyjne. A jednak, gdyby nie ubiegłotygodniowe rozstrzygnięcie TK w sprawie opłat egzekucyjnych, firma, która zaskarżyła przepis ustawy o postępowaniu egzekucyjnym w administracji, straciłaby bezpowrotnie 35 mln zł. Wyczerpała już bowiem całą drogę sądowniczą; od zażalenia na postanowienie po wyrok sądu kasacyjnego. I co? Została sama z koniecznością uiszczenia 35 mln zł za podpis urzędnika. Nikt po drodze nie zastanowił się nad tym, że żądanie takiej opłaty jest nie tylko nieadekwatne do wysiłku i czasu urzędnika, ale wręcz absurdalnie niesprawiedliwe, skoro dłużnik dobrowolnie uregulował dług i postępowanie egzekucyjne zostało w związku z tym umorzone. Do stwierdzenia tak prostej oczywistości potrzebny był dopiero trybunał.