Ustawa wprowadzająca dodatkowe obciążenia podatkowe musi zostać opublikowana w Dzienniku Ustaw do 30 listopada. Projekt wpływa do Sejmu 18 listopada, tydzień potem jest już po trzecim czytaniu. Senat nie wnosi żadnych poprawek, nikt nie chce słuchać uwag z sali, że jak przyjdzie co do czego, to menedżerowie w państwowych i samorządowych spółkach będą wiedzieć, jak obejść 70-proc. PIT, a zapłacą go przeciętni pracownicy. Dlaczego zapłacą? Bo nowymi przepisami objęto wszystkich zatrudnionych na umowę o pracę, niezależnie od przedmiotu świadczonej przez nich pracy. Zwracamy na to uwagę również w DGP („70-proc. podatek od odpraw i odszkodowań: Drakońska danina także od pracowników”), ale kto by chciał słuchać głosu rozsądku?

Nikt też nie będzie zawracał sobie głowy czytaniem tego, co uchwalono, choć są to raptem dwa przepisy. Wiadomo przecież, o co i o kogo chodzi. Rzecz jasna o menedżerów, ich wielomilionowe odprawy i stawkę – byle dotkliwą, więc z dnia na dzień z zapowiadanych 65 proc. robi się 70 proc., choć równie dobrze mogłoby być i 90 proc. Żadnych konsultacji, żadnych szacunków. „Po co straszyć, że dotyczy to pracowników? Jakich pracowników?” – pyta jeden z czytelników. „Może by tak opodatkować wstecznie” – proponuje kto inny.

Nie mija miesiąc, a ci sami posłowie już proponują nowelizację. – W jakim kierunku zmierza? – pytamy, gdy z sejmowej strony wiadomo tylko, że została zgłoszona. Nikt z posłów, do których dzwonimy, jeszcze nie wie, łącznie (sic!) z przedstawicielką grupy wnioskodawców. Czekamy więc na publikację. W końcu jest – chodzi o uwolnienie od 70-proc. PIT zwykłych pracowników, takich, którzy z zarządzaniem nie mają nic wspólnego, a którym właśnie proponuje się lub w najbliższym czasie będzie się proponować programy dobrowolnych odejść. 25 listopada Sejm dał im na drogę 70-proc. podatek. W porę się zreflektował, co zresztą nie dziwi. Polityczny ciężar tej nieprzemyślanej zmiany byłby zapewne dużo trudniejszy do udźwignięcia niż opadające powieki po nieprzespanej parlamentarnej nocy.