Obie miliardowe liczby pochodzą z rzekomych oszacowań odpowiednio Klubu Jagiellońskiego i Komisji Europejskiej. Od paru dni żyją własnym życiem. Szacowanie luk podatkowych to trudne zadanie. Panowie z Klubu Jagiellońskiego nie przypisują sobie zasługi rozgryzienia całego problemu. Ale w świat poszła informacja „Klub szacuje, że z Polski wypływa 10 mld zł”. A jak jest w istocie? W istocie to nie wiadomo. Wszystko, co Klub Jagielloński zrobił, to powołał się na jedno opracowanie ze Stanów Zjednoczonych (!). Wynika z niego, że USA tracą na oszustwach CIT 30 proc. wpływów z tego podatku. Klub uznał, że skoro tak dzieje się (chociaż uwaga – nie tyle dzieje się, ile ktoś napisał, że się dzieje) w Ameryce, to w Polsce musi być co najmniej równie źle. 30 proc. z naszego dochodu z CIT to właśnie ok. 10 mld zł. I tyle. Czy światowe firmy, główni podejrzani optymalizacji, mają podobne udziały w rynkach obu krajów? Czy wpływ na skalę oszustw w USA ma fakt, że mają niemal dwukrotnie wyższą stawkę CIT (35 proc. a 19 proc.)? Nie wiemy. Czy podobne badania dotyczące innych krajów są dostępne? Tego się z raportu nie dowiemy. Nie dowiemy się też, dlaczego autorzy wybrali akurat ten raport, a nie jakikolwiek inny z ostatnich lat – szacunki w sprawie amerykańskiego CIT wahają się o dziesiątki miliardów dolarów.

„Gazeta Wyborcza” podała, że szacunki Komisji Europejskiej są jeszcze bardziej dramatyczne: „Holdingi unikają płacenia nawet 46 mld zł CIT” – naszych, polskich citozłotych... Artur Kiełbasiński podpina w internetowym wydaniu swojego tekstu odnośnik do raportu Komisji. W tym sęk, że w owym raporcie żadnego oszacowania strat Polski z tego tytułu nie znajdziemy. Ups, jak mawia klasyk. Są tam fragmenty o unikaniu VAT i trochę rad dotyczących CIT. I jakiekolwiek red. Kiełbasiński ma źródło dla swoich liczb, to na pewno nie jest to podawany przez niego raport. Politycy i publicyści już zdążyli rozedrzeć szaty, a szkoda, bo ubranka przydałyby się na inną, lepsza okazję niż jesienny prima aprilis „Wyborczej”.

Uwaga, problem omijania CIT istnieje. Ale nie auta, lecz rowery, i nie w Moskwie, lecz na Uralu, i tak dalej, i tak dalej.