Problem dotyczy przewoźników, którzy zarejestrowali jako działalność gospodarczą – transport morski, przybrzeżny i pasażerski (PKD 50.10). Z art. 146a ustawy o VAT wynika, że do końca 2016 r. taka usługa jest opodatkowana 8-proc. stawką VAT. W praktyce jednak rejs to często nie tylko transport pasażerów z punktu A do B, ale także oferta łowienia ryb, bywa że połączona z wypożyczeniem wędek i ciepłym posiłkiem.

Spór toczy się o to, co w takiej sytuacji stanowi usługę główną: czy jest nią transport morski objęty 8-proc. stawką podatku (jak twierdzą przewoźnicy), czy rekreacja opodatkowana 23 proc. VAT (taka jest wykładnia organów podatkowych). Odpowiedź na to pytanie decyduje o stawce podatku dla całego świadczenia.

Według Ewy Matuszewskiej z TAX Center, reprezentującej kilka z kontrolowanych firm, problem może mieć około 300 armatorów, którzy łącznie przewożą w ciągu roku około 300 tys. osób. – Organy podatkowe uważają bowiem, że wszyscy oni, bez wyjątków i celowo zaniżyli VAT od rejsów – mówi Matuszewska. Podstawą do wszczęcia kontroli podatkowych stało się podejrzenie popełnienia przestępstwa skarbowego.

Przestępcy podatkowi

Konflikt ciągnie się co najmniej od 2011 r. Już wtedy dyrektor Izby Skarbowej w Bydgoszczy twierdził, że usługi transportu morskiego połączone z możliwością wędkowania powinny być opodatkowane stawką 23-proc. W sukurs przyszedł mu Wojewódzki Sąd Administracyjny w Szczecinie, orzekając w dwóch wyrokach, że przedsiębiorca, który w trakcie rejsu oferuje pasażerom wypożyczenie wędek czy strojów do nurkowania, możliwość zjedzenia posiłków i wypicia napojów oraz miejsca do spania i pojemniki do przechowywania złowionych ryb, nie świadczy transportu morskiego, tylko kompleksową usługę sportowo-rekreacyjną.

Jeden z tych wyroków stał się już prawomocny (sygn. akt I SA/Sz 231/12), drugi (sygn. akt I SA/Sz 674/14) czeka obecnie na rozpoznanie przez Naczelny Sąd Administracyjny.

Szczeciński WSA podtrzymuje swój pogląd także w najnowszych orzeczeniach. W wyroku z 29 lipca br. (sygn. akt I SA/Sz 717/15) zajął się sprawą przewoźnika, który dowoził wędkarzy na łowisko, oferując im wynajem wędek. Serwował też kawę, herbatę, gorącą kiełbasę i fasolkę po bretońsku. Sąd nie miał wątpliwości, że nie był to jedynie transport, a usługa połowów dorsza.

Rejs to nie transport

– Najgorsze jest to, że wszystkich przewoźników mierzy się jedną miarą, bez względu na zakres oferowanych przez nich usług – twierdzi Ewa Matuszewska. Z protokołów kontroli, na które się powołuje, wynika, że nawet skromne świadczenia dodatkowe podwyższają stawkę podatku o 15 proc. Kontrolujący uważają bowiem, że rzeczywistym i głównym celem wszystkich armatorów jest nie tyle transport morski, ile zapewnienie pasażerom wypoczynku i relaksu.

Przewoźnicy nie zgadzają się z tą wykładnią. Uważają, że rejsy, nawet połączone z dodatkowymi atrakcjami, pozostają wciąż transportem morskim z 8-proc. VAT.

Ewa Matuszewska zwraca uwagę, że nawet pasażerowie autobusów mogą liczyć na poczęstunek czy wyświetlany w trakcie jazdy film, a nikomu nie przychodzi do głowy, żeby od takiego transportu żądać 23 proc. VAT.

Sporne paragony

Niepokój fiskusa budzi też sposób ewidencjonowania usług na kasach fiskalnych. Chodzi o to, że armatorzy nie wykazywali na paragonach czasu trwania rejsów. Organy podatkowe nie mogą zatem ustalić, czy rejs trwał osiem, dziesięć czy dwanaście godzin i jaką cenę klient rzeczywiście zapłacił.

Na dodatek sprzedaż często bywa nabijana na kasę dopiero po zakończeniu podróży. Według organów takie postępowanie stwarza możliwość ukrycia faktycznych obrotów. Ewa Matuszewska zwraca jednak uwagę, że żaden przepis podatkowy nie określa szczegółowo momentu, w którym paragon powinien być wystawiony. Z par. 6 ust. 1 pkt 3 i pkt 4 rozporządzenia ministra finansów w sprawie kas rejestrujących (Dz.U. z 2013 r., poz. 363) wynika tylko tyle, że usługa musi zostać ujęta w dobowym raporcie kasowym.

– Przewoźnik może więc nabić usługę na kasę przed wejściem pasażerów na pokład, w trakcie rejsu albo po jego zakończeniu – mówi.

Dodaje, że organy podatkowe próbują przy tym narzucać przewoźnikom jedną stałą cenę, bez możliwości stosowania jakichkolwiek zniżek dla dzieci, studentów czy emerytów. – W sytuacji gdy bilet został sprzedany taniej, doliczają do niego brakująca cenę – twierdzi Matuszewska.

Pięć razy więcej

Co gorsza, raporty z kas fiskalnych stanowią podstawę ewidencjonowania przychodów przez ryczałtowców (zgodnie z rozporządzeniem w sprawie prowadzenia ewidencji przychodów i wykazu środków trwałych oraz wartości niematerialnych i prawnych, Dz.U. z 2002 r. poz. 701). A większość armatorów rozlicza podatek dochodowy właśnie w ten sposób.

– W sytuacji gdy organy podatkowe stwierdzą, że ewidencje prowadzono niezgodnie z warunkami uznania jej za dowód, to przedsiębiorców czeka też określenie ryczałtu od niezaewidencjonowanego przychodu – mówi Matuszewska. Muszą więc liczyć się z tym, że oprócz różnicy w VAT przyjdzie im dopłacić także ryczałt według pięciokrotnie wyższej stawki. Zamiast 8,5 proc zapłacą więc 42,5 proc. podatku.

Na siłowni 8 proc.

Zdaniem Ewy Matuszewskiej, nawet gdyby przyjąć, że kontrolujący mają rację i armatorzy świadczą usługę rekreacji, to i tak powinno się do niej stosować obniżoną stawkę VAT. – Wynika to z poz. 186 załącznika nr 3 do ustawy o VAT. Zgodnie z nim obniżoną stawkę VAT stosuje się do pozostałych usług związanych z rekreacją wyłącznie w zakresie wstępu i to bez względu na symbol PKWiU.

W tym zakresie wygrali już właściciele klubów fitness i siłowni. Najpierw sądy, a potem minister finansów w interpretacji ogólnej z 2 grudnia 2014 r. (nr PT1/033/32/354/LJU/14) potwierdzili, że usługa wstępu obejmuje również korzystanie z oferowanych atrakcji.

Według ekspertki, tak samo powinno być w przypadku armatorów.