Gdy premier Ewa Kopacz zapowiedziała w exposé, że będziemy mieli nową ordynację podatkową, a jej założenia poznamy na początku roku, to była to najmniej realistyczna obietnica w jej wystąpieniu. Budziła obawy, że jeśli resort finansów poczuje się zobowiązany do jej wypełnienia na siłę, to zamiast wyborczej kiełbasy będziemy mieli niezły podatkowy pasztet. Na szczęście rząd poszedł po rozum do głowy i nie będzie robił nic na siłę.

Nowa ordynacja ma powstać w spokojnym tempie, przy współpracy prawników, urzędników, przedsiębiorców i sędziów, czyli wszystkich zainteresowanych stron. To pozwala mieć nadzieję, że nie będzie to prawo pisane z założeniem, że głównym motywem każdego podatnika jest oszukać fiskusa (więc przepis musi być tak napisany, aby z góry uprzedzić wszystkie możliwe sztuczki). Z drugiej strony te wygibasy prawne powodują u przeciętego podatnika rozstrój nerwowy i wieczną niepewność, do czego może się przyczepić fiskus.

Dobrze by było, aby nowa ordynacja powstała także w klimacie politycznej zgody. Tylko wtedy będziemy mieć pewność, że gdy zmieni się ekipa rządowa, to nie trzeba będzie wszystkiego zaczynać od początku.