Jednak to z pierwszą kontrowersją łatwiej się uporać. Podobnie jak wiele innych rozwiązań klauzula nie jest naszym wymysłem. Stosuje ją – z powodzeniem – wiele krajów. A jej cel nie jest wcale tak mglisty, jak twierdzi wielu przedsiębiorców czy ich doradców. Chodzi o to, by forma transakcji – zwłaszcza złożonych, często międzynarodowych – wybrana nie z powodów biznesowych, lecz wyłącznie po to, by uniknąć podatku lub go pomniejszyć, mogła być przez fiskusa zignorowana. Czyli – zgodnie z propozycją MF – żeby można było zastosować opodatkowanie właściwe dla operacji, z którą mielibyśmy do czynienia, gdyby transakcja nie przybrała antypodatkowej formy. Sama idea nie powinna budzić szczególnych emocji: niektórzy ogrywają służby skarbowe, a te próbują się nie dawać.

Co innego z przepisami, które będą się składać na klauzulę. Jednak możemy być o tyle spokojni, że bez względu na to, jakie będzie ich brzmienie po zakończeniu prac legislacyjnych, jest tylko kwestią czasu, gdy wylądują – podobnie jak przed laty – w Trybunale Konstytucyjnym. A ten nie pozwoli, by bubel prawny się ostał. Wszyscy: autorzy projektu, ci, którzy zgłaszają do niego uwagi, oraz ci, którzy nadadzą mu ostateczny kształt, powinni o tym pamiętać. Jakieś wnioski zostały już chyba wyciągnięte, skoro przewiduje się, że decyzja wydana z zastosowaniem klauzuli będzie wykonywana dopiero po upływie terminu na skierowanie sprawy do sądu lub po uprawomocnieniu się orzeczenia sądu.

W przyszłości najwięcej kontrowersji wzbudzi, niestety, nie sama klauzula, nie jej konstytucyjność (o której TK tak czy inaczej przesądzi) i nawet nie brzmienie przepisów, ale praktyka fiskusa. Trudno od razu być dobrej myśli, bo nie zapracował on sobie na zaufanie, ze względu na które powierzenie mu takiego oręża można by uznać za naturalne i w miarę bezpieczne dla przedsiębiorców. W całej dyskusji tu chyba jest pies pogrzebany. I nie zmienia tego zanadto okoliczność, że klauzulą będzie się posługiwać wyłącznie ministerstwo, a nie urzędy skarbowe czy UKS.