Agnieszka Tałasiewicz

partner w Ernst & Young

Ponad 1200 inwestycji o wartości przekraczającej 61,5 mld zł, w wyniku których powstało prawie 150 tys. miejsc pracy, to brzmi jak opis gospodarczego eldorado bardziej imponującego niż Dubaj sprzed krachu. A w istocie to utrwalony już element polskiego krajobrazu gospodarczego – a mianowicie specjalne strefy ekonomiczne (SSE). Ale SSE to nie tylko temat gospodarczy, to również temat podatkowy. A jeśli coś jest interesujące dla kontroli, to jest też istotne dla podatników. W przypadku SSE zainteresowanie obu stron wzmocnione jest specyfiką materii.

Działalność na terenie SSE związana jest z zagadnieniem pomocy publicznej, a przepisy nakładają na przedsiębiorców wiele obowiązków związanych z wyodrębnianiem procesów związanych z inwestowaniem oraz korzystaniem ze zwolnienia. Działanie na pograniczu dwóch wrażliwych dziedzin prawa – prawa podatkowego i o pomocy publicznej wywołuje efekt bomby zegarowej. Inaczej niż w wielu innych obszarach myślenie o kontroli u podmiotów strefowych nie zaczyna się w momencie zawiadomienia o zamiarze jej wszczęcia, ale już na samym początku – przy organizowaniu działalności na terenie SSE. Dla podatnika wyzwanie związane z kontrolą rozliczeń strefowych to przede wszystkim sprostanie wszystkim wymogom determinującym dopuszczalność pomocy publicznej przy jednoczesnym prawidłowym ustaleniu dochodu podlegającego zwolnieniu. Może się bowiem zdarzyć tak, że zadośćuczynienie wymaganiom w jednej dziedzinie powoduje zwiększenie ryzyka w drugiej (np. w kwestii rozpoczęcia inwestycji czy spełnienia wymogów wynikających z zezwolenia na działalność strefową). Dlatego szczególnie dziś, kiedy spółki walczą ze skutkami kryzysu, istotne jest wyczulenie na przejrzystość zasad wsparcia w SSE, bowiem potencjalny benefit w postaci zwolnienia z podatku dochodowego – w sytuacji braku dochodu – staje się ciężarem i swoistą pułapką dla podatnika.