Jej projekt zakłada m.in. możliwość przywracania niektórych terminów zawitych, czyli takich, których dziś przywrócić w żaden sposób się nie da. Byłaby to spora ulga dla osób, które z przyczyn od siebie niezależnych przegapią termin złożenia np. wspólnego zeznania podatkowego z małżonkiem albo powiadomienia urzędu skarbowego o otrzymanej darowiźnie. Oczywiście będzie to wymagało udowodnienia, że podatnik faktycznie nie zawinił.

Z tych samych powodów – słusznościowych – fiskus nie pociągnie do odpowiedzialności za cudzy dług podatkowy (np. za zaległości byłego małżonka, członka rodziny prowadzącego biznes czy spółki, w której proces decyzyjny zdominowali większościowi wspólnicy), gdy uzna, że byłoby to rażąco niesłuszne.

Dziś żadnego z tych rozwiązań nie ma, przez co surowość prawa przekłada się na wizerunek urzędnika – bezdusznego, niewrażliwego na ludzką krzywdę, wyzbytego poczucia sprawiedliwości.

Duża uznaniowość rodzi jednak obawę o kierunek zmian. Czy faktycznie należy przyznać urzędnikowi tak duże uprawnienia, by kierował się nie tylko literą prawa, lecz także… No właśnie czym? Wbrew pozorom sprawy, w których rozstrzyga subiektywizm urzędnika, są najtrudniejsze. Wymagają nie tylko zgromadzenia dowodów, lecz także umiejętności właściwego ich osądu. Nie wyobrażam sobie, by tak wyraźnie poszerzona uznaniowość urzędnicza nie była obwarowana procedurami, ściśle określającymi, w jakich okolicznościach i przy jakich wymogach dowodowych można odstąpić od obowiązku złożenia deklaracji w terminie bądź od odpowiedzialności za niezapłacone podatki.

Pewną nadzieję na nadanie właściwego biegu sprawom daje dotychczasowa praktyka w przyznawaniu ulg w zapłacie podatku, czyli wszelakich odroczeń, rozłożeń na raty i umorzeń (na podstawie art. 67a–67e ordynacji podatkowej). Kto nie zgadza z odmowną decyzją fiskusa, zawsze ma prawo podważyć ją w sądzie.

Najgorzej byłoby, gdyby urzędnicza uznaniowość prowadziła nas do stanu opisanego przez Franza Kafkę w „Zamku”, gdy w urzędach „dla uproszczenia i niewdawania się w niepotrzebne rozmowy przyjmuje się łapówki”, choć i tak – jak zaznacza jedna z bohaterek – „niczego tą drogą nie można uzyskać”. Dlaczego? Bo łaska pańska na pstrym koniu jeździ. Książka roi się od scen i dialogów wskazujących na służalczość i wiernopoddańczość mieszkańców podgrodzia. W końcu serwilizm ów udziela się głównemu bohaterowi: „Geometra wie, że zbyt wiele żąda, ale dołoży wszelkich starań, aby dla pana naczelnika było to jak najmniej uciążliwe. Dlatego też zgadza się na każde ograniczenie czasu rozmowy, a nawet, jeśli okaże się to potrzebne, na ustalenie ilości słów, których wolno mu będzie w tej rozmowie użyć, sądzi, że dziesięć słów wystarczy.”