Ministerstwo Finansów zapewnia, że opodatkowanie dotyczyć będzie jedynie aportów. Nie ma mowy o CIT przy zakupie udziałów lub akcji za pieniądze.

To oczywista konkluzja. A właściwie – jedyna, jaką można sobie wyobrazić. Inna prowadziłaby do sytuacji, w której – powtórzmy – żadna spółka kapitałowa (w takiej formie działają niemal wszystkie średnie i duże przedsiębiorstwa w  Polsce oraz wiele małych) nie mogłaby powstać, a istniejąca sprzedać nowych udziałów lub akcji bez obowiązku zapłaty podatku przez osobę prawną, która zdecydowałaby się taką spółkę współtworzyć lub ją dokapitalizować. To zaś w praktyce oznaczałoby, że spółki przestałyby być powoływane do życia (nie licząc tych zawiązywanych wyłącznie przez osoby fizyczne), a istniejące – pozyskiwać dodatkowy kapitał na rozwój i inwestycje. Gospodarka stanęłaby. Dosłownie.

Nikomu – ministerstwu na szczęście też – nie mieści się w głowie, aby rzeczywiście błąd w ustawie mógł wpłynąć na praktykę i wywołać tsunami w gospodarce. Ale stanowisko MF to za mało. Nawet najbardziej rozsądna interpretacja z powołaniem się na cel ustawy nie wystarczy. Racjonalne podejście resortu finansów nie jest sposobem naprawiania bardzo złego prawa. Nie ma nawet mocy interpretacji ogólnej (zapewniającej ochronę podatnikom). Nie jest też częścią systemu prawnego. A  zły przepis jest. Jego brzmienie jest niestety jednoznaczne. I jednoznacznie fatalne – zarówno w ocenie doradców podatkowych, jak i przedsiębiorstw.

MF próbuje – słusznie zresztą – rozwiązać problem za pomocą ekwilibrystyki interpretacyjnej podyktowanej interesem gospodarczym i zdrowym rozsądkiem. O wiele lepiej by jednak było, aby to ustawodawca błyskawicznie się zreflektował, zanim bubel prawny stanie się wiążącym przepisem. Powinien to zrobić niezależnie od zapewnień fiskusa, że będzie ten przepis (de facto wbrew jego brzmieniu) interpretować w jedyny dopuszczalny z ekonomicznego punktu widzenia sposób – czyli na korzyść osób prawnych zasilających pieniędzmi polskie przedsiębiorstwa.