Od marca działa nowa instytucja, i to taka, która ma zrobić nam gospodarczą różnicę – Krajowa Administracja Skarbowa. Powstała ze scalenia administracji podatkowej, Służby Celnej i kontroli skarbowej. Ściąganie podatków ma być skuteczniejsze i lepiej skoordynowane. Cieszy was to, czytelnicy? Bo wicepremiera i ministra rozwoju oraz finansów Mateusza Morawieckiego – tak. – Chcemy, żeby KAS była przyjazna oraz wyrozumiała dla słabych, dla mniejszych, dla niewinnych oczywiście w szczególności, lecz żeby była bardzo silna wobec tych, którzy próbują przemocą, sprytem, oszustwem wziąć to, co należy do państwa polskiego, i to, co należy do narodu polskiego – zapowiadał polityk na uroczystej inauguracji działalności urzędu.

Wszystko pięknie. Uczciwi obywatele mogą spać spokojnie, oszuści nie zmrużą już oka. Jeśli ktoś – zwłaszcza „obca przemoc” – coś polskiemu narodowi zabrał, to KAS szablą mu to odbierze. A więc KAS to instytucja patriotyczna, dzięki której będzie nam się żyło lepiej, bo zwróci nam to, co „nasze”, ale zostało skradzione?

Przyjazna skarbówka i inne bajki

Jakże byłoby wspaniale – mówi się nam – gdyby wszyscy podatnicy uczciwie rozliczali się z fiskusem i niczego nie ukrywali. Same przekręty na podatku VAT to straty dla budżetu na poziomie ok. 45 mld zł rocznie. Taką kwotą moglibyśmy zalepić dziurę budżetową, co oznaczałoby mniejsze zadłużenie kraju, a w konsekwencji otworzyłoby nawet pole do obniżania podatków. Te zaoszczędzone pieniądze mogłyby być też wykorzystane do podreperowania stanu usług publicznych, takich jak edukacja czy służba zdrowia. KAS ma pomóc w osiągnięciu tego celu. Skórka jest warta wyprawki.

Jeśli wierzycie w realizm takiego scenariusza, możliwe, że jesteście też zwolennikami nowoczesnej definicji patriotyzmu. Głosi ona, że miłość i szacunek do ojczyzny wyraża się wyłącznie w sprzątaniu psich kup z chodnika, byciu miłym dla sąsiada oraz – przede wszystkim – w płaceniu podatków. Patriotyzm posłuszeństwa zyskuje coraz większą popularność w kręgach politycznych i intelektualnych, lecz póki nie dotrze pod strzechy, instytucje takie jak KAS będą niezbędne w jego krzewieniu. Dlatego też można wręcz rzec, że o ile w czasach zamierzchłych poborcy podatkowi byli w towarzystwie persona non grata, o tyle teraz powinni być hołubieni. Służą nie tylko cesarzowi i jego zachciankom, lecz przecież dobru wspólnemu.

Takie podejście niesie ze sobą kilka problemów. Po pierwsze, jest nierealistyczne. Nawet w Szwecji, która tak często podawana jest za przykład kraju, gdzie płacenie podatków należy do dobrego obyczaju, nie udało się skłonić wszystkich do uczciwości. Andreas Buehn oraz Friedrich Schneider w pracy „Wielkość i rozmiar uchylania się od opodatkowania w 38 krajach OECD” podają, że od 1999 r. do 2010 r. Szwecja traciła na nieuczciwych podatnikach średnio ok. 1,7 proc. PKB rocznie, czyli proporcjonalnie niewiele mniej niż Polska (2,2 proc.). Po drugie, utopijna jest wiara, że urzędnikom bezkrwawo uda się oddzielić ziarna od plew, że bez uszczerbku dla uczciwych podatników wyłuskają i napiętnują nieuczciwych. Wystarczy szybkie spojrzenie na wokandy sądów administracyjnych – ileż postępowań toczy się w sprawach podatników bezzasadnie ukaranych przez fiskusa. Mateusz Morawiecki myli się, jeśli sądzi, że konsolidacja urzędów w połączeniu z twardą ręką ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobry karzącą podatkowe fałszerstwa wyrokami do 25 lat pozbawienia wolności pozwoli na rewolucję w tej materii. Można oczekiwać co najwyżej delikatnej poprawy. Dlaczego? Urzędnicy i służby kontrolne są zawsze krok w tyle za innowacyjnymi oszustami, a tych, którzy robią naprawdę wielkie przekręty, stać na to, by dzięki koneksjom i przekupstwu uniknąć odpowiedzialności. Z konieczności więc kontrole koncentrują się na płotkach, a nie na rekinach.

Załóżmy jednak, dla umysłowego ćwiczenia, że byłoby możliwe bezkrwawe egzekwowanie 100 proc. należności podatkowych. Powstaje pytanie, czy byłoby to pożądane. Stawiam tezę, że w warunkach, które stwarza obecny system podatkowy w Polsce – nie. Im skuteczniejsza się okaże KAS, tym dla nas gorzej, a nie lepiej. Pieniądze odzyskane dla fiskusa nie będą odzyskane dla narodu, ale przejęte od narodu. Czas skończyć z mitem, że budżet państwa jest nasz.

Apetyt rośnie w miarę jedzenia

Wyobraźmy sobie rząd, który pobiera nowe podatki przede wszystkim po to, by spłacać nimi zaciągnięte przez poprzedników nadmierne długi. Otóż taki rząd nie istnieje. A teza, że im więcej zapłaconych podatków, tym mniej problemów budżetowych państwa, jest słuszna tylko pozornie. Zaciąganie długów na poczet inwestycji, a nawet pokrycia bieżących zobowiązań, to modus operandi współczesnego państwa, od którego nikt nie zamierza odchodzić. Dług nie jest dla polityków przykrą koniecznością, ale wspaniałym wynalazkiem, pozwalającym przesuwać odpowiedzialność za głupie decyzje na kolejne ekipy aż do momentu tąpnięcia (jak w Grecji).

To właśnie dlatego tak trudno byłoby (gdziekolwiek, nie tylko u nas) wprowadzić ustawowy zakaz utrzymywania deficytu finansów publicznych, a nawet gdyby do tego doszło – jak w Wielkiej Brytanii w 2015 r. – będzie on obarczony tyloma zastrzeżeniami, że w praktyce nie będzie miał żadnej mocy. Ale może taki wymóg jest po prostu zbyt restrykcyjny? W porządku. Spróbujcie wobec tego przekonać rządzących przynajmniej do tego, by prawnie ustalili, że każdy nowy wydatek państwowy w danej dziedzinie musi się wiązać z równymi mu oszczędnościami w innej. Wprowadzenie programu 500+ w polityce społecznej musiałoby być wówczas zrównoważone programem 500- wprowadzonym np. w administracji publicznej. Powodzenia.

Jeśli rząd zwiększa przychody, podnosząc podatki bądź efektywniej je ściągając, nie skutkuje to trwałą redukcją deficytu, a co za tym idzie – redukcją długu. Przeciwnie, wraz z przychodami rośnie skłonność rządu do zwiększania wydatków

W praktyce jest tak, że jeśli rząd zwiększa przychody budżetu, podnosząc podatki bądź efektywniej je ściągając (albo jeśli wpływy podatkowe rosną, bo dopisuje koniunktura), nie skutkuje to trwałą redukcją deficytu, a co za tym idzie – redukcją długu. Przeciwnie, wraz z przychodami rośnie skłonność rządu do zwiększania wydatków. Zależność tę na gruncie amerykańskim opisało dwóch ekonomistów, prof. Richard Vedder z Ohio State University i Stephen Moore z Heritage Foundation, którzy opublikowali w 2010 r. na łamach „Wall Street Journal” artykuł „Wyższe podatki nie zredukują deficytu”. Przedstawili w nim wyniki analizy wydatków państwa, zestawiając je z wpływami z podatków w okresie od 1947 do 2009 r. Wnioski? „Każdy dodatkowy dolar przychodu podatkowego oznaczał średnio 1,17 dolara dodatkowych wydatków publicznych. Politycy wydają pieniądze tak szybko, jak te się pojawiają, a nawet szybciej” – piszą ekonomiści, dodając, że wspomnianą korelację badali dla zachowania obiektywizmu różnego rodzaju modelami. Wyniki się różniły dość znacznie (skrajne rezultaty to wydatki zwiększone o 1,05 i o 1,81 dolara na jeden dodatkowy dolar przychodu), ale nigdy nie zdarzyło się tak, by większe wpływy podatkowe przełożyły się na proporcjonalnie niższy wzrost wydatków.

Historia musi rozczarować tych, którzy uważają np., że wyższe podatki w połączeniu z rozsądnymi cięciami w wydatkach to możliwa recepta na bolączki budżetowe. W teorii możliwe, ale jeśli historia czegoś uczy, to właśnie tego, że w praktyce nie. W warunkach państwa socjalnego, w którym głosy wyborców zdobywa się ich własnymi pieniędzmi, każdy dodatkowy wpływ do budżetu generuje dodatkowe wydatki, a te konieczność albo dalszego podnoszenia podatków, albo zaciągania długów.

Nie ma żadnych podstaw, by sądzić, że pod względem wykorzystania dodatkowych pieniędzy polscy politycy różnią się od amerykańskich. Działanie zaobserwowanej przez Veddera i Moore'a zależności widzimy teraz na naszym podwórku. Z jednej strony rząd próbuje uszczelniać system podatkowy i wprowadza nowe daniny (np. podatek bankowy) oraz podnosi stare (akcyza), z drugiej – zamiast oszczędzać, uruchamia coraz to nowe programy społeczne i inwestycyjne (od 500+ i Mieszkania+ po projekty związane z planem Morawieckiego). Stąd właśnie planowany na ten rok deficyt w wysokości aż 2,9 proc. PKB.

Jeśli więc ktoś uczciwy wobec państwa psioczy na oszustów podatkowych, że to przez nich rosną daniny nakładane na zwykłych obywateli, musi być świadomy, że źle diagnozuje problem. Podatki rosłyby nawet wtedy, gdyby wszyscy byli aniołami. Decyduje o tym filozofia gospodarcza, którą kierują się rządy, a nie dynamika wpływów w bilansie finansowym państwa.

Gdzie jest ich 300 baniek

W opowieści snutej przez gospodarczą lewicę i miłujących odgórne rozwiązania polityków podatki są pobierane wielkodusznie – po to, by rósł nasz dobrobyt. Wskazują oni na usługi świadczone przez państwo i mówią: „Patrzcie, wolny rynek by tego nie zapewnił”. Społeczeństwo ich zdaniem traci na tym, że podatków pobiera się mniej, a nie więcej, a ci, którzy podatków celowo nie płacą, czy to oszukując, czy to nawet legalnie je optymalizując, godni są potępienia. Są szkodnikami kierującymi się – niczym nuworysz w jednej ze scen komedii „Chłopaki nie płaczą” krzyczący: „Gdzie jest, k...a, moje 300 baniek!” – najbardziej prymitywną chciwością. W tej wizji międzynarodowe korporacje nie płacą podatków, by wypłacać sowite dywidendy akcjonariuszom, a Kowalski, właściciel małej firmy spod Pcimia, ukrywa dochody, bo zbiera na jacht.

To perspektywa zaburzona. O tym, dlaczego ludzie oszukują, za chwilę. Najpierw zapytajmy, co naprawdę oznacza pobór podatku. Oto pieniądze spod kurateli prywatnej przechodzą pod zarząd biurokracji. Z miejsca, gdzie wykorzystywane są zazwyczaj produktywnie, do miejsca, w którym się je niezwykle często marnotrawi na nieprecyzyjnie określone cele. W skrócie, podatki – i znajdźcie mi poważnego ekonomistę twierdzącego inaczej – zaburzają alokację kapitału.

Jeszcze raz powtórzę – budżet państwa nie jest nasz. Nasz jest ten budżet, którym możemy dowolnie dysponować. I robimy to lepiej niż politycy. Stąd wniosek, że jeśli firma dysponuje większymi środkami (choćby nawet w wyniku optymalizacji podatkowej), odbywa się to z korzyścią nie tylko dla niej, lecz także dla całej gospodarki. Weźmy krakowską spółkę informatyczną Comarch. W 2015 r. zanotowała zysk netto w wysokości 58 mln zł i przekazała go na kapitał zapasowy, który stanowi zabezpieczenie ewentualnych strat. Rok później ogłosiła, że wybuduje w Krakowie biurowiec za 106 mln zł (a to jeden z wielu projektów inwestycyjnych koncernu). Załóżmy, że Comarch w wyniku optymalizacji podatkowej oszczędziłby kilka milionów. Czy to naprawdę powód do rozpaczy? Zysk jest po to, by go reinwestować i rozwijać się. To dla wielu niepojęte, ale jeśli nie reinwestujesz swojego zysku, upadniesz. Firmy, które dzięki optymalizacji podatkowej, a nawet w wyniku ukrywania dochodu, oszczędzają, robią z tymi oszczędnościami to samo, co firmy o nieposzlakowanej etyce podatkowej: większość z nich reinwestują w dalszą działalność. Że za granicą, a nie w Polsce? Zdarza się. Ale przecież istnieją też spółki, które unikają opodatkowania za granicą, by reinwestować zaoszczędzone pieniądze w naszym kraju! Żeby udowodnić, że wychodzimy na tym źle, należałoby zbadać efekt netto tego zjawiska, co jest bardzo trudne.

Nawiasem mówiąc, mam nadzieję, że prof. Janusz Filipiak, prezes Comarchu, nie będzie mi miał za złe, że korzystam z przykładu jego spółki. Nie podejrzewam jej o żadne szachrajstwa. A skoro już jednak jesteśmy przy osobie prezesa Filipiaka, to świetnie nadaje się ona do zdemitologizowania poglądu, jakoby bogacze zyski marnotrawnie przejadali. Filipiak to jeden z najlepiej opłacanych prezesów w kraju, który w samym tylko 2015 r. zarobił 15,4 mln zł. Nic dziwnego, że stać go na rolls-royce'a. Czy to, że sobie go kupił, oznacza stratę dla gospodarki? Myślę, że nie zgodziłby się z tym żaden z 1300 pracowników firmy Rolls-Royce Motor Cars. Celem zarabiania pieniędzy jest ich wydawanie, a wydawanie pozwala innym zarabiać. A co, zapyta ktoś, jeśli znaczną część pieniędzy prof. Filipiak chomikuje? To dość częsty zarzut wobec bogaczy. Kiedyś i tak je wyda (a wiemy, że nie zadowala się jak Sknerus McKwacz wyłącznie doglądaniem skarbca). Oszczędności to przecież odroczona konsumpcja.

Ludzie, którzy nie płacą podatków, także wydają zaoszczędzone pieniądze, i to nie na Księżycu, ale w normalnej gospodarce. Kupują za nie samochody, może jachty, a czasami pieluchy dla dzieci i zakupy spożywcze. Pieniądz w każdym razie nie ginie w ich kieszeni.

Teza, że niepłacenie podatków szkodzi naszej gospodarce albo nam w jakiś wybitnie katastrofalny sposób, wydaje się przesadzona. Oczywiście wiadomo, że częstsze unikanie opodatkowania i oszustwa podatkowe są szkodliwe dla budżetu państwa, a w ekonomicznej literaturze znaleźć można także dowody, że w ich wyniku rośnie na rynku ogólny koszt produkcji dobór wytwarzanych przez podmioty uczciwe, co wzmacnia zachętę do nieuczciwości. Kolejna rzecz, że obywatele w wyniku działalności oszustów podlegają dolegliwej kontroli skarbowej. To są na pewno znaczące negatywne efekty, ale do katastrofalnych im daleko.

A jaki jest wpływ ściągalności podatków na jakość dóbr publicznych, która jest ważna dla produktywności sektora prywatnego (np. na utrzymanie dróg czy system edukacyjny)? Jakość ta zależy w większej mierze od sposobu zarządzania nimi niż od dostępności środków budżetowych. Nawet laureatka Nagrody Nobla w ekonomii Elinor Ostrom, która zrehabilitowała pojęcie własności wspólnej, przekonując, że nie zawsze musi się kończyć „tragedią”, uważała, że zarządzanie wspólnymi zasobami bywa efektywniejsze, gdy oddać je społecznościom, a nie rządowemu pośrednikowi. Wierzyła w rozsądek współpracujących ze sobą jednostek, w naturalnie tworzący się ład, a nie w pogląd, że wystarczy skarb państwa wypełnić daninami i postawić urzędnika, by rozwiązać palące gospodarkę problemy .

Dziwne rady doradców

Zanim ktoś się oburzy, że na łamach poczytnego dziennika nawołuję do łamania prawa, wyjaśniam: oszustwa podatkowe to nic dobrego. Są moralnie naganne, jak wszystkie oszustwa, i należy je ścigać z całą surowością prawa (zwłaszcza te polegające na wyłudzaniu podatku; są przecież zwykłą kradzieżą). Trzeba jednak we wszystkim zachować rozsądek.

Warto zdać sobie sprawę, że niepłacenie podatków to proceder, w który zaangażowani są nie tylko bajecznie bogaci prezesi dużych firm, lecz także zwykli obywatele, i to w masowej skali. Wspomniany już prof. Friedrich Schneider z Uniwersytetu Johannesa Keplera w Linz szacuje, że całkowita wartość szarej strefy, czyli niezarejestrowanej działalności gospodarczej i czarnorynkowych transakcji, w Polsce to ok. 23,3 proc. PKB (dane za rok 2015). Z innych raportów wynika, że poza legalnym systemem zatrudnionych jest w Polsce 1–2 mln ludzi. Z definicji nie płacą podatków dochodowych i nie odprowadzają składek do ZUS.

Napiętnowanie ich wszystkich jako oszustów i pasożytów było nierozsądne. Zresztą niech pierwszy rzuci kamieniem ten, kto ani razu nie zapłacił do ręki komuś za skoszenie trawnika czy otynkowanie domu. W każdej takiej sytuacji dobrze wiemy, że druga strona nie rozliczy się z tego dochodu z fiskusem, co czyni nas tego występku współwinnymi.

Zamiast dręczyć się w poczuciu winy i biec z samooskarżeniem do Krajowej Administracji Skarbowej, lepiej zająć się poszukiwaniem przyczyn masowego niepłacenia podatków. Bez tej refleksji w polowaniu na niepłacące ich czarownice spłonie wielu niewinnych podatników.

Ekonomiści zgadzają się co do tego, że główną z przyczyn wysokiego poziomu uchylania się od opodatkowania – oprócz ogólnego morale obywatelskiego – są po prostu zbyt wysokie podatki. Czy jest to prawdą w Polsce? Czasami zwraca się uwagę, że podatki są u nas relatywnie niskie w porównaniu do danin w innych krajach UE. Dla polskiego podatnika nie ma to jednak większego znaczenia. Dla niego ma znaczenie wysokość podatków w odniesieniu do jego własnego dochodu. To, że w Polsce mamy dużą szarą strefę, wskazuje, że podatki są nieproporcjonalnie wysokie. Z tego z kolei wynika, że należałoby je albo obniżyć, albo pozwolić gospodarce szybciej się rozwijać, tak by obywateli było stać na zrzucanie się do wspólnej skarbonki. Globalne statystyki potwierdzają, że im wyższy PKB per capita, tym mniej podatkowego szachrajstwa – ta teza także mieści się w ekonomicznym konsensie. Jedną z dróg do zwiększenia dochodu obywateli jest minimalizacja barier biurokratycznych – od likwidacji koncesji, pozwoleń czy rozluźnienia niektórych norm przez likwidację przepisów regulujących ceny po uproszczenie samego systemu podatkowego.

Nie wszyscy się w Polsce z takimi propozycjami ekonomistów podatkowych się zgadzają. Prof. Witold Modzelewski, prezes spółki Instytut Studiów Podatkowych i były minister finansów odpowiedzialny za wprowadzenie VAT w Polsce, co rusz przekonuje w artykułach i wywiadach, że nawoływanie do obniżenia i uproszczenia podatków to „liberalny bełkot” i „trajkotanie”. Jednocześnie profesor trafnie diagnozuje problemy naszego systemu, pisząc o tym, że „nikt nie wie, co tu w rzeczywistości obowiązuje”, nie liczą się przepisy prawa, ale ich urzędowe interpretacje, że prawo pisane jest na kolanie przez ignorantów, że wybrańcy mogą liczyć na „enklawy przywilejów” pozwalające im na optymalizację podatkową kosztem konkurencji itd. Te zarzuty są z natury liberalne. Prof. Modzelewski nie wierzy jednak w liberalne rozwiązanie, czyli w możliwość prostych podatków. Uważa, że rzeczywistość, którą mają opodatkować, jest jego zdaniem zbyt skomplikowana. Co w zamian proponuje? Uważa, że prawo podatkowe należałoby napisać od nowa, w skomplikowany, ale jasny – a przede wszystkim niezależny od urzędniczej interpretacji i biznesowego lobby – sposób.

Dziwna i nieskładna to ocena potencjału intelektualnego legislatorów. Z jednej strony nie mogą prosto, bo się nie da, a z drugiej – mogliby jasno i nie pod dyktando. Co sprawia, że profesor w to wierzy? Może to, że jest świetnie zarabiającym doradcą podatkowym? Bo takie wyjaśnienia się pojawiają.

Uwolnienie się od arbitralnej urzędniczej interpretacji prawa podatkowego sprawi przecież, że doradcy staną się skuteczniejsi, ponieważ łatwiej specjalizować się w paragrafach, trudniej w urzędniczym widzimisię. Przyjęcie zaś, że prawo podatkowe musi być skomplikowane, sprawi, że wciąż będą mieć klientów. Możliwe, że w konsekwencji będą zarabiać jeszcze więcej!

Mam wobec tego nadzieję, że rząd nie zamówi ekspertyz dotyczących reform podatkowych u prof. Modzelewskiego. Ktoś do podatkowej stajni Augiasza musi wejść i uporządkować ją w inny sposób. Na szczęście ekonomiści badają podatki od 200 lat i mają już wiedzę pozwalającą skazać system lepszy od obecnego. – Bliski ideału byłby taki system, w którym podatek dochodowy pobiera się tylko od wysokich dochodów, reszta płaci VAT. A wszystkie te dziwne podatki, z obrotowym na czele, powinny trafić do kosza – mówił niedawno na łamach DGP prof. Wojciech Kopczuk, ekonomista z Columbia University w Nowym Jorku.

Oby do jego wprowadzenia nadali się zwykli politycy. Herkulesa bowiem w Polsce od dawna nie widziano.